W wirze przeprowadzki

Dobra wiadomość o tym, że jest wszystko podpisane i możemy przygotowywać się do relokacji przyszła w Wielki Piątek przed Wielkanocą. Czy nie jest to coś symbolicznego? Ktoś umiera by mógł żyć dalej… Choć daleko mi do metafizycznych wymiarów jednak lubię pewne skojarzenia sytuacyjne. Tak jak wspominałam w poprzednim poście potrzebowałam tej śmierci by żyć dalej zupełnie w innym świecie.

No to zaczęło się dziać. Czas Wielkanocny o niczym innym nie rozmawialiśmy, byliśmy bardzo szczęśliwi i podekscytowani. Z drugiej zastanawiałam się, czy mam zachowywać umiar w swoim entuzjaźmie ze względu na niektórych członków rodziny przeciwnych naszemu wyjazdowi, ale stwierdziłam, że nie. Byłam szczęśliwa i nie widziałam powodu by to szczęście tłumić. Z drugiej strony nie wymagałam od innych by cieszyli się ze mną, bo bo byli smutni i też tego nie tłumili specjalnie dla mnie. I to jest ok. Każdy ma prawo do swoich emocji i przeżywania ich tak, jak jest mu wygodnie.

W związku ze moimi planami dotyczącymi certyfikacji clean coaching oraz maturą syna wiedziałam, że nie mogę wyjechać wcześniej niż w połowie lipca co dawało mi czas około 3 i pół miesiąca na ogarnięcie i przeniesienie życia z „tu” do „tu”. Mąż wiedział, że będzie musiał wyjechać na początku czerwca, czyli ja z kolei wiedziałam, że zostaną mi same „najlepsze kąski” do sfinalizowania.

Pierwsze, co zrobiłam, to założyłam zeszyt rzeczy do załatwienia, w którym były różne kategorie spraw: administracyjne, domowe, zawodowe, towarzysko-rodzinne etc. Każda z dużych kategorii była jeszcze podzielona. Na przykład w domowych miałam kategorię „książki” (około 1000 sztuk na stanie), którą podzieliłam na: 1) do zabrania 2) do wypożyczenia 3) do oddania 4) do sprzedania 5) do wyrzucenia. Tak samo w kategorii „ciuchy” (oprócz wypożyczenia). W kategorii towarzysko-rodzinne znalazły się spotkania tzw. pożegnalne dla różnych grup ludzi. Na największej imprezie pożegnalnej w naszym ogrodzie stawiło się około 50 osób. Wcześniej zamówiłam catering w pełną obsługą, bo przecież wolałam skupić się na konwersacji z ludźmi, a nie na obsłudze ich. To był chyba pierwszy raz, kiedy zamówiliśmy obsługę bo wszystkie wcześniejsze spotkania obsługiwaliśmy sami. A nasz dom był zawsze pełen gości i kochaliśmy to! Co nie wykluczało jednocześnie moich upodobań do bycia zapraszaną, a już w końcowym okresie przed wyjazdem bardzo tego potrzebowałam! Potrzebowałam by ktoś mnie zaprosił i nakarmił 🙂 i tu ukłony do ukochanych E i M 🙂

Powracając do tzw. pożegnań nagle okazało się, że ogromna ilość znajomych chce się jeszcze ze mną koniecznie spotkać przed wyjazdem i to koniecznie! Co najmniej jakbym wybierała się na inny świat! Było to bardzo miłe i rzeczywiście czułam, że jest to ważne dla mnie. Spotkałam się ze wszystkimi lub prawie prawie, których uwielbiam i są mi bliscy. Którzy i tak wiem, że zostaną w moim życiu na zawsze. Przy okazji spotkań byłam obdarowywana róźnymi prezentami: książki, ramki, biżuteria, prezenty sentymentalne, zdjęcia, obrazy, a nawet piękne pożegnalne teksty. Bardzo bardzo bardzo miłe! To były prezenty dla mnie. Jeśli chodzi o prezenty dla „nas” to byliśmy obdarowywani głównie prezentami „patriotyczno-sentymentalnymi” np. woreczek ziemi z naszej ulicy (prezent od sąsiadów), fotoalbum ze zdjęciami z różnych naszych sąsiedzkich spotkań (od tychże również), album o znanych Polakach, magnesy z Warszawą, obraz – pastele przedstawiające stare Miasto w Warszawie itd.itp.

Początkowo spotykałam się ze wszystkimi, którzy chcieli się spotkać, oj naspotykałam! Dopiero kiedy zorientowałam się, że są sprawy po prostu technicznie niezbędne, zaczęłam niestety odmawiać, a dotyczyło to głównie ludzi, z którymi do tej pory kontakt był po prostu rzadki. Brutalnie należało tak zrobić.

Logistycznie dużo czasu zabrała też sama przeprowadzka czyli wysłanie rzeczy do US. Pozornie nie miałam dużo roboty bo pakowanie do kartonów należało do firmy przeprowadzkowej. Ale tylko pozornie. De facto mieliśmy 2 transporty: lotniczy na 450kg a reszta domu transport morski przewidziany na ok. 5 tygodni. Należało się po prostu zastanowić bez czego możemy tu na miejscu w nowym domu przeżyć przez około 3 tygodnie. Nie było to aż tak trudne. Natomiast cała papierologia to był dramat. Dostałam tonę papierów do wypełnienia (osobno lotniczy osobno morski) gdzie musiałam zaznaczyć co zabieram, jaka jest tego ilość i jaka jest tego wartość na rynku amerykańskim. Na przykład ile zabieram par skarpetek i ile jedna para jest warta i jaka jest cena w Us tego kosza na śmieci który zabieram… To mnie wykańczało. Pewnie są na świecie ludzie, którzy lubują się w tabelkach excelowskich, ja do nich nie należę! I dlatego też nie będę rozpisywać się o papierologicznych innych aspektach do załatwienia przed relokacją bo zaraz stracę humor 😉

W międzyczasie odbyliśmy z mężem przysługującą nam tzw. familiarisation trip czyli wizytę poznawczo-krajoznawczą z nowym miejscem czyli New Jersey, okolicami Princeton. Słowem pojechałam na randkę w ciemno by przekonać się co los mi zgotował. Głównym celem jednakże tego tygodniowego pobytu było znalezienie lokum. Niestety okazało się, że sprawa nie jest całkiem prosta. Z kilku powodów: mała ilość właścicieli godzi się na obecność zwierząt (średnio co 4) co bardzo zawężało nam możliwości znalezienia czegoś fajnego. Agenci początkowo pokazowali nam rudery, w których absolutnie nie mogłabym mieszkać. Oczywiście nie nastawiałam się na dom podobny do tego w którym do tej pory mieszkaliśmy, ale ważne było by był jasny, w miarę nowy, z dodatkową sypialnią dla gości, usytuowany w ładnych okolicach, z miłym międzynarodowym sąsiedztwem (co było na poczatku trudne bo wozili nas po jakiś chinatown’ach i o mało nie posądzili o nietolerancję kiedy zapytałam czy oby nie mieszkają tu sami Chinczycy..) Dom jest dla mnie bardzo ważny. To podstawa. To nie hotel na 3 dni, muszę czuć się w nim dobrze, by móc zachować na co dzień mój wysoki poziom energii. Lubię mieć czyste i jasne wnętrzna. To mnie oświetla od środka. Podczas tego tygodnia dom został odnaleziony, po prostu stał i czekał na mnie. Z perspektywy 2 miesiecy wiem, że to dobry wybór 🙂 o New Jersey, które też mi się bardzo podoba bedzie osobny post.

Kiedy nadszedł dzień pakowania lotniczego, odbyło się to bardzo sprawnie w pół dnia. Pakowanie rzeczy na statek trwało 2 pełne dni. Dobrze, że był to czas Mistrzostw Europy w piłce nożnej i wtedy grała Polska, to panowie byli bardziej zmotywowani. Pojechały 3 duże ciężarówki rzeczy. A wydawało się, że nie zabieramy dużo, bo większość szaf i mebli w domu mieliśmy wbudowanych na stałe. Ludzie czasami pytali się po co zabieram cały dom a dla mnie jest to rzecz prosta: wiedziałam, że prawdopodobnie wyjeżdzam nie na rok czy dwa i że po US byc może będzie inny kraj. Mając wszędzie swoje rzeczy będę się bardziej czuła w swoim domu a nie w hotelu. Potrzebuję mieć tu swoje rzeczy i je zabierać. Bo moje rzeczy to moja energia! Moja POZYTYWNA ENERGIA!

Kiedy pojechały ciężarówki i dom został dosłownie pusty to zrobiło się…dosłownie pusto! Czy wyobrażacie sobie salon bez kanapy a tylko z leżakami i małym ikeowskim stoliczkiem? Czy wyobrażacie sobie że w jadalni nie było już stołu ani krzeseł? A sypialnię bez łóżka a tylko z materacem? Wyobrażacie sobie jeść na kolanie przez 3 tygodnie? I dlatego tak pragnęłam by mnie ktoś zaprosił i posadził na jedzenie przy stole! Tak więc przez 3 tygodnie mój ukochany piekny dom szeptał do mnie „nie lubię cię już.. jedź już sobie…nic już tu dla ciebie nie mam 😉 ” I to wlasnie ten czas okazał się dla mnie dosyć trudny i nawet płaczliwy ale nie ze smutku tylko pozytywnych wzruszeń związanych z ludźmi.

Bardzo dużo pomogli mi w tym czasie moi rodzice. Przyjechali ze Szczecina i siedzieli przez prawie 3 miesiące aż do naszego odjazdu. Codziennie naprawdę codziennie były rzeczy do ogarniania. Jeden dzień leciał za drugim jak szalony. Wszyscy byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni. Pierwszy raz w życiu lustro mówiło mi, że brzydko wyglądam 😉 Taki czas i dałam sobie na to przyzwolenie.

Warto wspomnieć, że przed wyjazdem mieliśmy zapewnione przez firmę szkolenie międzykulturowe. Prowadziła je trenerka z doświadczeniem w relokacji ekspatów ale też mieliśmy telekonferencje na skypie z tzw. lokalesami tj. 2 Amerykankami stąd, które przekazały nam wiele praktycznych uwag. Co było ciekawe, że czasami zaprzeczały sobie wzajemnie odnośnie różnych tematów bo miały inne punkty widzenia. Nie przeszkadzało mi to, moim celem nie było dowiedzenie się „Jak JEST w US” bo na to pytanie nie można odpowiedzieć obiektywnie. Jak będę w następnych postach opowiadać o życiu tu, to pamiętajcie, że będzie to odpowiedź na pytanie „Jak Beacie tu jest, jakie jest JEJ życie w US”.  Największą wartością dla mnie jednakże było odpowiedzenie sobie na pytanie co będę uważała za swój sukces w momencie już kiedyś wyjazdu z US. Powiedziałam, że zawodowo to fakt, że będę miała tu swoich klientów a prywatnie kiedy będziemy cali, zdrowi i szczęśliwi, RAZEM (w sensie bardziej emocjonalnym, bo syn wyjeżdża już za rok).

Ważną rolę w okresie od Wielkanocy do połowy lipca odegrał u mnie proces clean coachingowy. 3 moduły odbywałam w Paryżu, i podczas jednego ćwiczenia metodą clean space, doświadczałam sesji na sobie. Moim facylitatorem był kolega z grupy a celem na sesję było zastanowić się nad moimi aktywnościami zawodowymi w US. Niespodziewanie rezultatem i najwiekszą wartością, jaką mogłam wtedy otrzymać, była kompletna zmiana perspektywy. Z głębi mojej duszy przyszedł głos taki oto: „Beata, zobacz naokoło tu i teraz. Zobacz co się dzieje tu. Zostań tu jeszcze przez chwilę…” I zostałam. Wróciłam z Paryża i byłam sercem i duszą w Warszawie, byłam obecna. Po prostu. Do końca, do 14 lipca, do dnia wyjazdu.

Dzień wcześniej pożegnałam się z ukochanymi rodzicami, odwiozłam ich na dworzec i wrócili do Szczecina. I jak się domyślacie był to jeden z trudniejszych momentów… Pocieszałam się, że są na tyle zmęczeni, że sami pragną już odpocząć, ale wiem, że dla nich to też było trudne. (wiem, że to czytacie, KOCHAM WAS 🙂

I przyszło zburzenie Bastylii czyli 14 lipca (data jak się domyślacie nieprzypadkowa 😉 kiedy zburzyłam dotychczasowy porządek i wyjechałam. Na lotnisko pojechaliśmy taksówką, a na lotnisku pożegnała mnie moja bliska przyjaciółka. Wyjechalismy we czwórkę: Kuba – syn, ja, pies i 13 letni kot. Bilet w jedną stronę pierwszy raz w życiu… Po 5 tygodniach rozłąki w końcu mieliśmy się spotkać wszyscy razem jako pełna rodzina!

 

CDN… już w US 🙂

P.S. Dziekuję, że czytasz.. podziel się ze mną chocby jednym zdaniem refleksji 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Z perspektywy ławeczki.

Dawno dawno temu i teraz…

W tej chwili siedzę sobie na ławce w ogrodach Princeton University. Od momentu przyjazdu do New Jersey mija dokładnie miesiąc. Dużo to czy mało – na ten moment nie wiem ale na tyle dużo, by mieć materiał na kilka stron blogu. Czuję jednakże potrzebę i wartość wynikającą z opowiedzenia co działo się zanim usiadłam dzisiaj na tej ławce, bo etap przygotowywania się fizycznie i mentalnie do wyjazdu z Polski był bardzo ważny i niezaprzeczalnie stanowi nierozerwalną część całości.

Dla niewtajemniczonych jedynie kilka ważnych doprecyzowań dla lepszego zrozumienia.

Jestem tu, bo mój mąż dostał w USA możliwość rozwoju swoich kompetencji zawodowych w ramach tej samej firmy. Według definicji PWN: ekspat, expat środ. «wysokiej klasy specjalista, który opuścił ojczyznę, aby pracować za granicą». Jest więc ekspatem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można też powiedzieć, że tak naprawdę mój status to „żona ekspata”. To tak po definicji i tak oficjalnie. Słowem nie ma dla mnie definicji, choć można powiedzieć, że jestem ekspatką z wyboru i sama siebie przeniosłam w taki stan już dawno temu. Nieoficjalnie najbliższym znajomym od dawna było wiadomo, że gotowa byłam do wyjazdu bardzo długo wcześniej, niż mój mąż dostał ową propozycję i na długo wcześniej zanim sam był gotowy na taki krok. Odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe z Polski, by doświadczyć czegoś zupełnie nowego, skorzystać z innych, nowych możliwości, rozwinąć się międzykulturowo. Pasję do podróżowania i odkrywania nowych lądów zaszczepił u mnie tata – marynarz.

Przez wiele lat w związku z brakiem możliwości wyjazdu na stałe rekompensowałam sobie to w formie częstych prywatnych i zawodowych wyjazdów zagranicznych. I to bardzo długo wystarczało, niemniej moja energia w Polsce zaczęła się już powoli wyczerpywać. Doszłam do punktu swoistego wypalenia naszą ojczyzną. I to trzeba sobie szczerze powiedzieć. Miałam poczucie, że kręcę się w kółko i zawodowo i prywatnie, że ciągle doświadczam tych samych rzeczy i że siedząc w Polsce nieczego więcej nie osiągnę. Pomimo całej swojej radości życia i optymizmu coraz częściej pojawiał mi się obrazek JA U KRESU ŻYCIA z pytaniem „Czego najbardziej żałujesz?”. Przerażała mnie moja odpowiedź: „Żałuję, że nigdy nie wyjechałam zamieszkać poza Polskę i nie mogłam doświadczyć życia w innym zakątku tego globu”. Przerażające też było dla mnie, że niewiele z tym mogłam zrobić oprócz wiary że to przyjdzie i wiary w fizykę kwantową: jakie myśli wysyłasz w świat – to do ciebie wraca. I wróciło! Cokolwiek myślisz o fizyce kwantowej, wiara w nią naprawdę przydaje mi się w sytuacjach, które w małym stopniu zależą ode mnie.

Zaczęło pukać bardzo powoli około 3 lata temu (2013r) a na dobre otworzyło mi drzwi tuż przed Wielkanocą 2016 r. Chyba nawet symbolicznie: umiera coś – rodzi się coś nowego.

Natomiast zanim to wszystko stało się oficjalne i mogłam się tą radością dzielić, był taki ciekawy czas w naszym rodzinnym życiu, kiedy zaczął się etap zabiegania o ten wyjazd, ale bez żadnej pewności efektu końcowego. Z jednej strony szanse bardzo duże, z drugiej zero pewności. To powodowało, że przez parę miesięcy czułam jakbym dryfowała po oceanie bez konkretnie obranego portu i nawet nie wiedziała dokąd chcę przypłynąć. Na statku nie było kapitana i nawet paradoksalnie nie mogło być. Tak więc pozornie robiłam swoje, choć gdzieś w spokojności duszy już czułam szybko nadchodzącą zmianę.

Podejmowałam różne działania głównie na polu zawodowym, ale z pewną ostrożnością, by nie zaczynać projektów, których nie mogłabym ukończyć. Czasami łapałam się na tym, że nie rozpoczynałam czegoś by później nie żałować, że coś zostawiam, a to bardzo kocham. Jedynym wyjątkiem może był udział w rekrutacji na pozycję trenera w znanej szkole trenerów. Dostałam się do ścisłego grona finałowego i szczęśliwie nie zostałam przyjęta! Teraz pozwalam sobie na komfort powiedzenia „szczęśliwie” bo na tamten moment była to dla mnie duża przykrość.

Pozwalałam sobie również na niepodejmowanie działań z premedytacją i rozpoczynania nowych projektów, choć to przyznaję było ryzykowne i nie czułam się z tym komfortowo… Słowem nikomu nie polecam!

Były też działania z kategorii „Mogę to zrobić bo niezależnie od wyjazdu może mi się tu przydać”. Mówię tu na przykład o zapisaniu się na konwersacje do Academy of New York, gdzie uczą tylko rodowici Amerykanie. (o perypetiach językowych będzie osobny post). Mówię tu też o ukończeniu szkolenia na facylitatora clean coaching i zdobycia nowych możliwości zawodowych.

Zanim mąż podpisał kontrakt zaczęliśmy też cichutko o tym wspominać naszej rodzinie i najbliższym znajomym. U niektórych pojawił się efekt wyparcia i do końca nie byli w stanie uwierzyć. Niektórzy pukali się w czoło pokazując na nasz piękny, duży dom z ogrodem na warszawskiej Białołęce który rzekomo „zostawiamy”. Cierpliwie wyjaśniałam, że moim sensem życia nie są postawione mury, i że nie dostałam dożywotniego wyroku przebywania w tych murach jak w więzieniu. Sensem mojego życia jest doświadczanie życia w całej jego okazałości, smakowania, poznawania, zachwycania się, odkrywania czegoś nowego, ale też inspirowania do tego. Kiedy zbliżę się do kresu życia chcę wysłuchać po raz ostatni piosenki Edith Piaf „Rien de rien, je ne regrette rien” (Nieczego nie żałuję) i tak jak w cudownej scenie z filmu Edith na słowa tej piosenki zaproponowane jej przez kompozytora wykrzyknęła: „C’est moi!!! C’est moi!!!” (To ja! To ja!) tak samo zareagować. Powracając do reakcji bliskich znajomych i rodziny, na szczęście byli też ci, którzy szczerze nam gratulowali „odwagi” i twierdzili że sami by tak chcieli. (Słowo „odwaga” ujęłam w cudzysłowie ponieważ chciałabym jednak podkreślić, że to była ich definicja. Moja definicja odwagi jest zupełnie inna. Bo czyż wyjechanie gdzieś w celu realizacji swoich marzeń jednocześnie nie obawiając się czy znajdę pracę czy nie pogorszy się mój status materialny, jadąc „na gotowe” bo wszystko zawarte jest w kontrakcie ekspackim – można nazwać odwagą?)

Byli też tacy, którzy życzyli szczęścia i wiedziałam, że mnie wspierają, ale smutno im było po prostu ze świadomością bycia fizycznie daleko. Mi też było smutno, ale szybko przykrywałam to uczucie świadomością potęgi internetu i bezpłatnych połączeń telefonicznych a także wiedząc, że wcześniej czy później zobaczymy się czy tu czy tam.

Jedne, drugie i trzecie reakcje były potrzebne i zawsze mówią mi wiele o ludziach, którzy je pokazują i dzielą się nimi. Oczywiście wiadomo, że idealnie byłoby mieć samych wspierających ludzi wokół ale nie wszyscy są właśnie tacy. Są tacy, którzy modląc się w kościele o to, by ci się nie udało wyjechać nie są w stanie unieść się ponad swoje egoistyczne myślenie, by zaspokoić swoje ego. Czasami potrzeba głębokiego zrozumienia drugiego człowieka by dowiedzieć się co tak naprawdę kryje się za tak nieprzychylnymi intencjami. Z drugiej strony żartowałam sobie i zadawałam pytanie czy to oznacza, że ci, którzy się cieszyli – mieli mnie po prostu już dosyć? Hmm.. J Jedno na pewno dzisiaj wiem: warto żyć w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami z poszanowaniem siebie i najbliższych.

Tak więc wspomniany czas „między-między” był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem w życiu. Były sytuacje, że zanim coś nowego kupiłam, zastanawiałam się, czy to mi się przyda w US. Zaoszczędziłam dużo pieniędzy! 😉 Było dużo myślenia o tym, planowania jak to wszystko zorganizować jednocześnie niemożności działania bo nie było to pewne. Dziwne uczucie i to bardzo. W tamtym momencie pomogły mi bardzo szkolenia z clean coachingu i sesje, które odbywałam w ramach doświadczania clean jako klientka. Pomogła mi duża samoświadomość siebie, mój wysoki etap rozwoju osobistego, moja niezależność i optymizm. Pomogła mi też świadomość tego, że najważniejsze wartości w życiu są we mnie i obok mnie. Znam je i kieruję się nimi. Wiem też, że najukochańsi ludzie zawsze będą blisko i że bliskość nie polega na mieszkaniu obok siebie. Prawdziwa bliskość to nieustanny kontakt ze sobą różnymi dostępnymi metodami.

Jednocześnie z tej perspektywy ławeczki w ogrodach Princeton wiem, że gdyby etap „między-między” nie zakończył się etapem „mamy to!” byłoby to dla mnie ogromnym rozczarowaniem! Niemniej nie ma się nad czym zastanawiać. Jestem tu, oddycham tym powietrzem i zachwycam się! 🙂

Serdeczności!

Beata

P.S. Dziękuję, że czytasz mój blog, potrzebuję od ciebie komentarzy i wsparcia. Możesz napisać też, jaka tematyka w związku z moim życiem ekspackim by cię interesowała. Dziękuję!

http://www.beatamarciniak.pl

beata.marciniak@Ymail.comIMG_4544

 

O czym będzie, a o czym nie będzie?


Po wielu, wielu latach spełniam jedno z największych marzeń w swoim życiu o zamieszkaniu przez pewien czas poza ojczystym krajem. Zamierzam dokumentować rzeczy, których w związku z tym doświadczam z kilku powodów:

  • po pierwsze – dla znajomych, którzy chcą wiedzieć co u mnie (u nas),
  • po drugie – dla nieznajomych, którzy znajdą się w podobnej sytuacji i dla których być może będzie to jakaś baza wiedzy i doświadczeń, z których można czerpać,
  • po trzecie dla siebie prywatnie i zawodowo, bo doświadczenie to otwiera mi pewne nowe możliwości.

O czym będzie i czego można się spodziewać a czego na pewno nie?

Przede wszystkim na samym początku zastrzegam sobie, iż będzie to przede wszystkim tylko i wyłącznie moje osobiste zdanie na rzeczywistość, która wokół mnie i w środku mnie. Będę to bardzo podkreślać. Oznacza to, że będę unikać sformułowań typu: „W Ameryce jest tak i tak, a wszyscy Amerykanie są tacy i tacy”. Czytając moje wpisy pamiętajcie, że koncentruję się głównie na „swoim podwórku”. Nie biorę odpowiedzialności za daleko posunięte interpretacje i nie będę przekazywała „prawd objawionych”z których wszyscy mogą skorzystać.  W zamian przeczytacie o tym, co mnie ucieszyło, zaskoczyło, zachwyciło, zasmuciło, rozśmieszyło… Nie będę udzielać rad..no chyba, że rzeczywiście będzie to uzasadnione 😉 Mało będzie wiadomości encyklopedycznych, które każdy może sobie odnaleźć w internecie, dużo właściwych dla mnie przemyśleń i podejścia subiektywnego.

Czego od Was potrzebuję?

Komentarzy, pytań, sugestii, propozycji tematów… Reakcji!!!

Już teraz za to dziękuję!

BeataIMG_4170