Celebracja i zmęczenie.

 

 

Parę dni temu minęło równo 6 miesięcy odkąd collagetu jestem. Lubię i pamiętam o celebrowaniu wszelkich rocznic z mojego życia, nawet jeśli rocznica oznacza miesiąc czy pół roku. I to się nie zmieniło. A co się zmieniło? Pobyt tutaj to celebrowanie każdego dnia. Bez wyjątku. Piękne uczucie, kiedy nagle nie wiesz ile ten stan szczęśliwości potrwa i chcesz „nałapać” na zapas pozytywnych emocji. Przypomina mi to trochę celebrowanie każdego dnia wakacji, bo wiesz, że za chwilę się skończą. W tym przypadku nie wiem kiedy skończą się moje wakacje tutaj i dziwne jest że o tym piszę, bo wcale nie jestem na wakacjach! Pracuję, zajmuję się projektami, prowadzę procesy rozwojowe, planuję webinary, uczę się. A jednak przeciwne i cudowne okoliczności tej sytuacji i miejsca w którym przyszło mi żyć powodują, że nie obchodzi mnie co będzie za rok czy dwa. Nie wiem i nie mogę wiedzieć, bo przestałam mieć na to wpływ. Niewiedza ta daje mi paradoksalnie poczucie wolności i dobrego samopoczucia. Kiedyś jako świadoma siebie osoba prywatnie i zawodowo nawet do głowy by mi nie przyszło, żebym  nie miała gotowej odpowiedzi na pytanie „Co chcesz robić za 5 lat?”. Dzisiaj dobrze mi z odpowiedzią: Nie wiem co będę robić za 5 lat, ale wiem, że mój statek, który jakiś czas temu wypłynął w rejs po Karaibach dopłynie do jakiejś pięknej wyspy na której zostanę krótko i popłynę dalej. I tak dalej. Moim planem na za 5 lat i na całe życie jest być szczęśliwą. Taki cel, który wydaje się poza wszelkimi kategoriami sprawdzalności i poprawności typu SMART czy inne (bo przecież cel musi być SMARTOWNY ;). Dzisiaj dementuję i nie dam sobie wmówić 🙂 Kwestia dojrzałości i większej świadomości.

Od ostatniego postu wydarzyła się podróż na święta do Polski. Dziwne uczucie, kiedy wysiadasz po ponad 5 miesiącach na lotnisku w Warszawie i czujesz się, jakbyś wracała po dwutygodniowych wakacjach! Oznacza to tylko tyle, że:

1) Czas w US minął okropnie szybko.

2) Za krótko, by w Polsce poczuć się już jak alien.

3) Nie zdążyłam się stęsknić (ale to przekonanie zostało obalone w pierwszej sekundzie, kiedy zobaczyłam rodziców po tylu miesiącach na żywo… no stęskniłam się!!!)

Zacznę od refleksji i rzeczy, która była dla mnie nowa: Dowiedziałam się, że muszę nauczyć się przyjazdów do Polski. Kompetencja do rozwoju! Dziwnie pewnie brzmi, ale już wyjaśniam w czym problem. Na pewno w tym przypadku w bardzo złej organizacji pobytu. Jak należy zorganizować pobytów w Polsce tak, aby mieć dosyć? Kilka ważnych rad cioci Beaty:

Po pierwsze- miej wypełnioną agendę po brzegi już przed wylotem (wszyscy chcą się spotkać a ty ze wszystkimi więc myślisz, że dasz radę i będzie to mega przyjemność). Po 5 spotkaniu tego dnia masz już dość i chcesz jak najszybciej spać, a w nocy w dalszym ciągu śnią ci się pytania „Jak się mieszka w US?”. Fajnie jeśli ktoś jest fejsbukowiczem i cię śledzi, bo wtedy nie ma o czym gadać i możecie sobie spokojnie posiedzieć i poprzebywać 🙂

Po drugie – nakupuj wszystkim amerykańskich czekoladek i innych gadżetów, bo przecie wszyscy oczekują prezentów (tym bardziej, że oprócz tego masz kupione prezenty christmasowe). Rezultat: 3/4 twojej walizki to „dobra amerykańskie” a 1/4 twoje rzeczy, z czego kosmetyczka waży 2 kilo.

Po trzecie – Zaplanuj pobyty tak, aby „Być wszędzie”: w Warszawie, w Zakopanym (bo przecie od 14 lat tam święta i co by tradycji stało się zadość…), w Twoim rodzinnym mieście bo przecie czeka stęskniona pozostała rodzina! No i znowu w Warszawie, bo tu większość znajomych! W rezultacie śpisz w 7 różnych miejscach przez 2 tygodnie!

Po czwarte – zaplanuj, że popracujesz trochę, zaplanuj przeprowadzenie całodniowego warsztatu clean coaching w sobotę poprzedzającą twój powrót do US. Ważne przecie by nie stracić zawodowych kontaktów z Polską bo o Tobie zapomną!!!

Po piąte – Miej w głowie, że trzeba załatwić sprawy administracyjne i inne, bo przecież w US nie ma internetu ani telefonów i wyślą za Tobą list gończy!

Po szóste: Nie bądź asertywna i przyjmij zaproszenie na spotkania, na które „nie chcesz, ale musisz” i pomyśl, że warto było. Czas pokaże, że nie warto, i mogłaś ten dzień spędzić z tatą.

Po siódme: Lataj, lataj, jedz byle gdzie i byle co bo nie ma czasu.

Po ósme: Podczas zimowo-świątecznego pobytu w Polsce planuj sobie spotkania już na sezon letni i wypełniaj agendę!

Po dziewiąte: wychodź na spacer po Warszawie w czasie największego smogu, bo nie będzie już okazji, a jutro wylatujesz.

Po dziesiąte: Bądź ciągle zmęczona i nie rób nic dla siebie. To ci posłuży z pewnością poprawi samopoczucie.

UFF 🙂

Mój lot powrotny do US został odwołany. Przebukowałam sobie na za 3 dni. Nie spieszyłam się. Cieszyłam się jak mała dziewczynka, bo przed oczami miałam takie obrazy: pójdę na spacer po moim ukochanym Nowym Świecie, spotkam się jeszcze z dwiema ważnymi osobami, pójdę spokojnie zjeść kolację we włoskiej Tawernie, pogapię się na TV (DDTVN z Dorotką Welmann i Prokopem), pójdę do Złotych Tarasów na zakupy!! Hurra!!! Nowe, stare małe przyjemności zwyczajnego życia 🙂 Wszystkie marzenia spełniły się, pobyt w Polsce stał się kompletny.

Jestem już w moim amerykańskim domu. Cieszę się na wspomnienie tych wszystkich chwil, tych wszystkich uśmiechniętych buziek. Miód na serce zobaczyć kochanych rodziców, ukochaną kuzynkę i chrześniaczkę, najbliższych przyjaciół i znajomych. I pomimo mojego czarnego dekalogu nie zamieniłabym tych chwil na żadne! Cudowne jest uczucie jak wiele osób chce się ze mną spotkać, jak wiele prezentów dostałam… zabrałam wszystkie! (moja walizka w drodze powrotnej ważyła 28 kilo – 8 kilo więcej! i tylko dzięki temu, że dostaliśmy upgrade do Premium Class nie musiałam dopłacać za nadbagaż!

Przyjazdów do Polski się uczę. Letni pobyt będzie wyglądał inaczej… Na razie mam zaplanowanie tylko 2 spotkania 😉

 

 

 

 

 

Reklamy

Wczoraj dopiero przyleciałam!!

14570740_10209733356027239_3828671709045327287_o

ZDJ. Fall photo Princeton University by BEATA MARCINIAK

 

Za parę dni miną 4 miesiące odkąd tu jestem. Właściwie, zgodnie z planem (którego ja, wizjoner nigdy nie mam 😉 powinnam napisać post o pierwszych moich krokach tutaj, pierwszych dniach. Ale nie… właściwie mam potrzebę teraz ogarnąć wszystko z lotu ptaka, bardzo ogólnie, bez wdawania się w szczegóły, ale za to tak, by oddać całą atmosferę tych 4 miesięcy. Opisywanie szczegółów i skupienie się na jednym temacie może przyjdzie kiedyś, a może nie. Niczego nie obiecuję, bo wszelkie szczegóły i rozpisywanie się nad nimi to nie moja bajka. Ja jestem motywacyjnym Wizjonerem, który nie wdaje się w detale, bo wiadomo, że Wizjoner to człowiek o szerokim spojrzeniu. Tak więc szeroko spoglądam i już robię przegląd:

1. Wczoraj dopiero przyleciałam!! Ten tytuł nie jest przypadkowy i odzwierciedla największy szok jaki odczuwam tu: CZAS PŁYNIE BARDZO SZYBKO! Mamy już bilet do Polski na Święta!! Nigdy, ale to przenigdy nie odczuwałam tak szybko upływającego czasu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, i już wieczór i już piątek, i już koniec miesiąca! Nie potrafię tego sobie do końca wytłumaczyć na czym to polega. Kiedy dzielę się tym spostrzeżeniem z tubylcami ekspatami mówią mi, że to normalne i że oni mają tak samo i cieszą się, że skoro to mówię, to z nimi też wszystko w porządku. Kiedy dzielę się tym z przyjaciółmi w Polsce, tłumaczą mi, że pewnie dlatego, że tyle się w moim życiu dzieje i mam dużo spraw. Nie wiem. Dzieje się, to prawda. Mam dużo spraw. To prawda. Ale nadal nie rozumiem, bo w Polsce też miałam dużo spraw i pracowałam intensywniej. Próbuję przypomnieć sobie momenty mojego życia, kiedy czas pędził szybciej i nic mi więcej nie przychodzi do głowy jak czas wakacji… Coś chyba w tym jest. Może jednak podświadomie ciąglę czuję się jak na wakacjach? Muszę poprosić o sesję clean coaching by wyciagnąć to z mojej podświadomości 🙂

2. Boże jak tu pięknie! Miałam szczęście, że trafiłam w miejsce, które nieprzypadkowo nazywane jest Garden State. Pierwsze moje wrażenie, jeszcze z maja, z familiarization trip to było poczucie, że poruszam się po parku narodowym! I tak jest do tej pory. Cechą charakterystyczną tego miejsca są wysokie i piękne drzewa, mnóstwo parków, biegające wszędzie sarny (jest ich mnóstwo!), żółwie, świetliki… niska zabudowa, wszystko w otwartej przestrzeni (nie ma tu żadnych płotów czy barier) którą uwielbiam, o co nawet siebie nie podejrzewałam. New Jersey oczywiście jako stan nie jest jakoś szczególnie piękne wszędzie, a szczególnie na północy. Jest za to bardzo interesujące i bogate w atrakcje. Z naszego miejsca (mieszkamy między Pennington, Princeton a Lawrencewille) praktycznie w godzinę do półtorej można dojechać wszędzie: nad piękny, ciepły ocean z cudownie piaszczystą, szeroką plażą, gdzie nawet prawdziwe palmy w sezonie ustawiają (hahaha Amerykanie to potrafią!), do dużych miast jak Filadelfia (40mn) czy Nowy Jork (mamy kolejkę 10 mn od domu, którą jedziemy na Manhattan około 70 mn, samochodem to czysta tragedia, można stracić nawet 2 i pół godziny!), niewysokie ale urokliwe góry (około 90 mn). Nie mówiąc już, że do przeuroczego Mercer County Park z licznymi jeziorami jeździmy na rowerach i chodzimy pieszo. Nasze miejsce to kosmopolityczne osiedle nowych szeregowców, pełne cudzoziemców i Amerykanów. Przed domem od strony tarasu mamy dużą łąkę i przestrzeń.

3. Klimat. Od 14 lipca, odkąd jesteśmy do mniej więcej początku września odczuwalność temperatury to było coś w okolicach 40 stopni. Do tego straszna wilgotność. Trudno jednak wytrzymać. Klimatyzacja w domu (na szczęście jest!!!) działała całą dobę. Dopiero we wrześniu zrobiło się normalne lato z temperaturami około 25 stopni. Pażdziernik był cudowny, dopiero w połowie było czuć nadchodzącą jesień, ale i tak temperatury dochodziły do 30 stopni. Potem spadały do 15, duże wahania. Teraz mamy listopad, złotą cudną jesień. Podziwiam, zachwycam się, tracę oddech, śmieję się do siebie. Stan porównywalny do zakochania się i głupawki endorfin. Chce mi się wychodzić, spacerować, robić zdjęcia. Kocham słońce! Kiedy mieszkałam w Polsce, (a wiadomo jak to jest w okresie jesienno-zimowym), to potrzebowałam oszukiwać mózg by móc cieszyć szaroburym dniem. Umiem to robić, umiem tak zarządzić swoim wewnętrznym światem, że wtedy koncentruję się na nim. Jest tam zawsze słonecznie i kolorowo. Wymaga to jednak wydatkowania energii, którą zgromadziłam poprzednio w słoneczne dni. Czasami robiłam tak, że jak już za długo było szaro i nie mogłam przecież oszukać fizjologii (pomimo coachingowych sztuczek) to planowałam podróż w słoneczne miejsca. W zeszłym roku od pażdziernika do maja byłam : w Prowansji, 3 razy w domu w Hiszpanii, w Singapurze, w Paryżu. Jakoś przeżyłam 😉 Teraz dopiero widzę, jak to jest i ile składa się energii w człowieku na zapas, kiedy dzień jest słoneczny. A zdecydowanie 90% dni jest tutaj słonecznych z niebieściutkim niebem. Budzę się rano, i już sobie żartuję, że dzisiaj dla odmiany świeci słońce 🙂 Duża ilość słońca szkodzi jednak motywacji do pracy, więc zasiadam do niej dopiero wieczorem lub późnym popołudniem. Wolę jednak tak i nad tym popracować niż czuć się zmotywowana przez szarobury dzień. Tubylcy mówią, że zima tu bardzo ciężka, długa, ostre temperatury, dużo śniegu, wiosna krótka… Nie przestraszyłam się, bo jak patrzę za okno to mam efekt wyparcia 🙂 Czy już mówiłam, że kocham słońce?

4. Rodzinnie.  I to jest najpiękniejsze odczucie. Jako rodzina jesteśmy jacyś odświeżeni, podekscytowani. Pojawiły się nowe tematy do dyskusji, nowe odkrycia. Jesteśmy często i blisko wszyscy razem. Czy jest to efekt „osobliwego skazania tylko na siebie?”jak niektórzy tu to mówią? Nie wiem, nie ważne. To przyszło tu, wraz z tym życiem tu i jest to magiczne. Chwilo trwaj. Pozwól, że ten wątek zostanie tak krótki, bo jest dla mnie zbyt ważny, a nie czuję się wewnętrznie upoważniona do opowiadania o mężu i synu. Oni mogliby pisać swoje blogi. Ja mówię tu tylko o sobie i swoich uczuciach.

5. Ludzie. Temat jednak chyba na osobny post, ale mimo wszystko zmierzę się tak bardzo w skrócie.

  • Sąsiadki. Mam 3 poznane sąsiadki: 2 Amerykanki, 1 Węgierka. wszystkie udzielają się charytatywnie, wychowują dzieci, są bardzo miłe. Węgierka to ogromnie dynamiczna i gadatliwa kobieta, przed którą uciekam daleko, bo jak zagada, to godzina z głowy 😉
  • Polacy. Jest tu ich dużo, ale nie weszłam do tak zwanej Polonii przy polskim kościele w Trenton. To jest bardzo specyficzne środowisko. Nie jestem raczej zainteresowana przebieraniem się w krakowiankę, gotowaniem bigosu i spotykaniem ludzi, którzy Polskę pamiętają sprzed 30 lat. Trudny temat, pewnie kiedyś szerzej opiszę. Znamy natomiast miłą parę mieszkającą tu od 20 lat, już właściwie tutejsi, choć mówienie w tym samym języku przypomina że źródło to samo.. Inne dwie, przemiłe młode Polki poznałam na lekcjach angielskiego w Princeton a to już jest zupełnie inna bajka.
  • Ekspaci. Najwięcej oczywiście znamy tutejszych ekspatów. Ludzi tu poznaje się oczywiście przez firmę, jak ktoś zaprosi Cię na imprezę. Na takiej imprezie właśnie poznałam Ninę, Szwajcarkę chorwackiego pochodzenia, moją bratnią duszę. Nina oczekiwała mnie na długo zanim się zjawiłam w US, bo Piotr poznał ją wcześniej i opowiadał jej o mnie. Pamiętam, jak spotkałyśmy się pierwszy raz, uściskała mnie tak mocno, jakbyśmy były przyjaciółkami od lat.. Nina jest tutaj z rodziną od 2 lat, a od 7 lat w życiu ekspackim. Niedawno powiedziała mi, że jej mąż przyjął propozycję powrotu do Szwajcarii. Wyjeżdżają pod koniec grudnia. Smutno naprawdę mi się zrobiło tak szczerze po raz pierwszy. Cieszę się jednak z jej powodu, bo wiem, jak bardzo nie lubiła tu być i jak bardzo chciała wrócić do Europy. Oczywiście pocieszamy się nawzajem, że to dopiero początek naszej przyjaźni i tak naprawdę to dopiero będziemy miały kontakt jak ja wrócę do Europy. I tego się trzymam! A póki co mamy w kalendarzu zarezerwowane terminy na wspólne lunche w Teresa Cafe przy prawdziwym włoskim espresso. Poznałam też Delphine – Francuzkę hiszpańskiego pochodzenia i jej męża Belga. Od 4 lat tutaj. Właśnie kupili tu urokliwy dom. Nie wiadomo, czy na stałe tutaj, bo w życiu ekspackim nigdy nie wiesz gdzie będziesz jutro. Delphine kiedyś po prostu napisała do mnie sms’a, że tyle o mnie słyszała fajnych rzeczy, że koniecznie musimy się spotkać i zaprosiła mnie na kawę do siebie. Zaiskrzyło. Byli potem u nas na kolacji (ja cała w stresie, bo Delphine prowadzi warsztaty kulinarne), a jutro my idziemy do nich. Z Delphine mamy wspólny projekt – napisania przewodnika po New Jersey. Ona jest kompletnie inna niż tutejsi ekspaci. Ona jest taka… „tutejsza”. Kocha tu być, zachwyca się, bardzo jest tu zadomowiona. Miło ją słuchać, bo ja jestem jeszcze w tej fazie, że też jestem zachwycona.
  • Chińczycy. Niesamowity materiał na post. Poznaję ich głownie na kursach angielskiego. Na początku chodziłam do Princeton Library na angielski, ale zauwazyłam, że 70% to Chińczycy. Niestety, mimo, że bardzo ale to bardzo się starają, są bardzo słabi językowo i właściwie na angielskim uczyłam się rozumienia…. Chińczyków. Wymawiają koszmarnie! Ledwo można ich zrozumieć. Czasami sam lektor musiał czynić duży wysiłek… Chodziłam jednak dalej, bo dla mnie było to niesamowite przeżycie międzykulturowe. Uważam ich poza tym za bardzo, ale to bardzo sympatycznych. Kiedy 15 lat temu byłam na stypendium rządu francuskiego dla nauczycieli francuskiego z całego świata w Montpellier, byli też tam profesorowie z Chin. Pamiętam jak prowadzący wyrzucali mnie z niektórych zajęć mówiąc, że to jest grupa chińska i dla mnie jest to za niski poziom. Ale pamiętam też, jak chinskie profesorki prosiły mnie o wspólne zdjęcie, bo szczerze przyznawały, że chcą pokazać swoim studentom jak piękne są tu kobiety 🙂 Mija 15 lat, a na zajęciach w Princeton Library kursantka z Chin prawi mi komplementy jaka to ze mnie piękne kobieta, te jasne włosy..niebieskie oczy.. no! Dobrze, że chociaż zawsze mogę choć na Chińczyków liczyć! Kamień z serca, że jest miejsce na świecie, gdzie możesz zawsze uchodzić za piękność -:)
  • Ludzie „z ulicy”. Rozbrajająco kontaktowi, uśmiechający się, zagadujący, troskliwi. I teraz już nikt mi nie wmówi, że to jest tylko powierzchowne. Jeśli gdziekolwiek, gdzie się nie pojawiam, jestem witana uśmiechem i dobrym slowem, a sławetne „How are you today?” w towarzystwie uśmiechu od ucha do ucha słyszysz wszędzie, to jest to tak jak słońce – bardzo to energetyzuje. W sklepie czy w parku, ludzie się do siebie uśmiechają na sam widok! To tak, jakby cieszyli się, że cię spotkali na swojej drodze.. Pozytywne podejście do życia widać tu na każdym kroku i teraz empirycznie mam sprawdzone to, czego uczyłam na szkoleniach.

6. Inny wymiar. Dzisiaj spotkałam się z opinią, że wygląda na to, że przeżywam swoją drugą młodość 🙂 🙂 Można tak powiedzieć, można tak porównać. osobiście porównuję ten stan do stanu zakochania się i bezkrytycznego patrzenia na wybranka. Nie martwcie się o mnie! Ślubu z tym krajem nie planuję, chcę mieszkać w Europie i tego się trzymam. Krótko mówiąc nadmiar endorfin to też wysoki poziom stresu. Żyję w nadmiarze endorfin 🙂 nie wiem ile jeszcze tak pociagnę, ale łatwo przewidzieć, że powoli wszystko zacznie mi tu powszednieć, a wtedy będę pisac posty w stylu krytycznym i częsciej organizować travel coachingi w Europie 🙂

CDN…. Następny post będzie kontynuacją tego. Chciałabym w nim napisać o trudnych momentach tutaj..też takie bywają! Dawajcie mi znać o czym chcielibyście przeczytać 🙂

Beata

(na rynek amerykański miała być Beatrice, ale jednak postanowiłam ich przyuczyć i wiem, że zdolni są!)

 

 

 

 

 

 

 

 

Refleksyjny lot Warszawa _ Nowy Jork

Lot z Warszawy do Nowego Yorku był niezwykle przyjemny, spokojny i komfortowy w business classe bo kontrakt ekspacki gwarantuje ci to w umowie, tak jak wszystkie koszty związane z przeprowadzką. Nasz piesek yorkshire leciał z nami przy fotelu. Niestety nawet na moment nie mogła być wyjęta ze swojego zamkniętego nosidełka. Przyjęła to z godnością, ale widziałam, że bardziej było to smutne poddanie się patowej sytuacji, niż radość bycia z nami obok. No ale przetrwała!

Bezpośredni lot z warszawy do Nowego Yorku trwa 8 i pół godziny. Mija bardzo szybko wbrew temu jak się o tym myśli. Co robię podczas takiego lotu? Transatlantyki dają dużo możliwości miłego spędzenia tego czasu: samo konsumowanie posiłków trwa już pewnie z dobrą godzinę. Każdy fotel standardowo zaopatrzony jest w ekranik. Tak więc można oglądać filmy, których jest całe mnóstwo w różnych językach i wiele niezłych hitów. Można słuchać audiobuków, oglądać programy TV. Można czytać książki, można gadać ze współtowarzyszem podróży i można rozmyślać. Przyznam, że połowę czasu rozmyślałam. O wszystkim. Tam, w górze, między jednym światem, który właśnie zostawiłam, a drugim. do którego zmierzam była to w końcu najlepsza przestrzeń na oczyszczenie się i przygotowanie duchowej przestrzeni na nowy początek. Nie, nie myślałam o tym, czy wszystko udało mi się zamknąć, wszystko pozałatwiać, ze wszystkimi się pożegnać, nie myślałam czy jestem w 100% gotowa na tę zmianę. Rozmyślałam o życiu. O moim życiu. Czułam wdzięczność, że tyle pięknych rzeczy mnie w nim spotyka i że najzwyczajniej w świecie ufam temu procesowi, mam z życiem pewną nić porozumienia. Bo z życiem trzeba umieć się dogadać. Myślałam o tym też, że przecież jak każdy mam w życiu pewne braki, tęsknoty, dopada mnie czasami smutek. Mam złe dni. Wiem jednak że to tylko złe dni, a nie złe życie. Życie to nie tylko uśmiechajace się zdjęcia z fejsbuka tylko szczęśliwych chwil, choć ja też lubię dzielić się nimi publicznie. Życie mam dobre, a właściwie lepsze niż dobre jak mawia mój ukochany Zig Ziglar.

Rozmyślając patrzyłam na syna, który jedzie z nami na rok do US i będzie to dla niego i dla nas ostatni taki rok kiedy fizycznie mieszkamy razem. I jestem mu wdzięczna, że podjął taką decyzję o tym wyjeździe, dzięki temu mamy jako rodzina szansę na przygotowanie się do jego czasu dorosłości i odlotu z gniazda. Zastanawiałam się i byłam ciekawa jak wykorzysta ten rok dla siebie, z czego skorzysta, co sobie przemyśli. Kiedy ja miałam 19 lat tak jak on, właśnie dostałam się na romanistykę w Poznaniu i wyjeżdżałam od rodziców. Jako matka mam dany jeszcze rok przed jego wyjazdem prawdopodobnie do Szkocji na studia. Myślałam, że chcę go dobrze wykorzystać, być blisko ale też dać mu przestrzeń na bycie i podejmowanie decyzji samemu.

I tak minął lot. 14 lipca 2016r. wylądowaliśmy z Kubą i zwierzakami na JFK w Nowym Jorku. Szczęśliwi. Kolejka do immigration była jak zwykle ogromna więc musieliśmy się uzbroić w cierpliwość. Niestety radość przyjazdu zakłócona była pierwszą wiadomością ze świata, która do nas dotarła: zamachy w Nicei w święto narodowe Francji. Parę metrów przed nami w kolejce pewna Francuska zanosiła się od płaczu… Ponieważ emocjonalnie Francja jest mi najbliższa na świecie, to udzieliły mi się te łzy. Mieszanka radości i smutku. Jest to takie uczucie, jakby coś zablokowało cię od wewnątrz i nie dajesz sobie przestrzeni na autentyczną radość …

W końcu się odprawiliśmy i poszliśmy szukać naszego kota.. naszego 13 letniego kochanego Wojtusia, o którego najbardziej się obawialiśmy bo różni ludzie straszyli nas, że nie przeżyje tej długiej podróży w luku bagażowym. Wojtek już na nas czekał wystawiony przy taśmie z walizkami. Czekał świeży i wyprostowany i na sam widok uśmiechnęło mi się już serce. A jego miałknięcie na mój widok zrekompensowało moje wcześniejsze obawy. Tak więc wszyscy moglismy w komplecie zameldować się i rzucić w ramiona P., który czekał na nas przez 5 tygodni. No i rzuciliśmy się! A następnie pewnym, ochoczym krokiem ruszyliśmy w stronę naszego nowego domu w między Pennington a Lawrencewille w stanie New Jersey.

Ciąg dalszy nastąpił… 🙂

 

 

 

 

 

 

W wirze przeprowadzki

Dobra wiadomość o tym, że jest wszystko podpisane i możemy przygotowywać się do relokacji przyszła w Wielki Piątek przed Wielkanocą. Czy nie jest to coś symbolicznego? Ktoś umiera by mógł żyć dalej… Choć daleko mi do metafizycznych wymiarów jednak lubię pewne skojarzenia sytuacyjne. Tak jak wspominałam w poprzednim poście potrzebowałam tej śmierci by żyć dalej zupełnie w innym świecie.

No to zaczęło się dziać. Czas Wielkanocny o niczym innym nie rozmawialiśmy, byliśmy bardzo szczęśliwi i podekscytowani. Z drugiej zastanawiałam się, czy mam zachowywać umiar w swoim entuzjaźmie ze względu na niektórych członków rodziny przeciwnych naszemu wyjazdowi, ale stwierdziłam, że nie. Byłam szczęśliwa i nie widziałam powodu by to szczęście tłumić. Z drugiej strony nie wymagałam od innych by cieszyli się ze mną, bo bo byli smutni i też tego nie tłumili specjalnie dla mnie. I to jest ok. Każdy ma prawo do swoich emocji i przeżywania ich tak, jak jest mu wygodnie.

W związku ze moimi planami dotyczącymi certyfikacji clean coaching oraz maturą syna wiedziałam, że nie mogę wyjechać wcześniej niż w połowie lipca co dawało mi czas około 3 i pół miesiąca na ogarnięcie i przeniesienie życia z „tu” do „tu”. Mąż wiedział, że będzie musiał wyjechać na początku czerwca, czyli ja z kolei wiedziałam, że zostaną mi same „najlepsze kąski” do sfinalizowania.

Pierwsze, co zrobiłam, to założyłam zeszyt rzeczy do załatwienia, w którym były różne kategorie spraw: administracyjne, domowe, zawodowe, towarzysko-rodzinne etc. Każda z dużych kategorii była jeszcze podzielona. Na przykład w domowych miałam kategorię „książki” (około 1000 sztuk na stanie), którą podzieliłam na: 1) do zabrania 2) do wypożyczenia 3) do oddania 4) do sprzedania 5) do wyrzucenia. Tak samo w kategorii „ciuchy” (oprócz wypożyczenia). W kategorii towarzysko-rodzinne znalazły się spotkania tzw. pożegnalne dla różnych grup ludzi. Na największej imprezie pożegnalnej w naszym ogrodzie stawiło się około 50 osób. Wcześniej zamówiłam catering w pełną obsługą, bo przecież wolałam skupić się na konwersacji z ludźmi, a nie na obsłudze ich. To był chyba pierwszy raz, kiedy zamówiliśmy obsługę bo wszystkie wcześniejsze spotkania obsługiwaliśmy sami. A nasz dom był zawsze pełen gości i kochaliśmy to! Co nie wykluczało jednocześnie moich upodobań do bycia zapraszaną, a już w końcowym okresie przed wyjazdem bardzo tego potrzebowałam! Potrzebowałam by ktoś mnie zaprosił i nakarmił 🙂 i tu ukłony do ukochanych E i M 🙂

Powracając do tzw. pożegnań nagle okazało się, że ogromna ilość znajomych chce się jeszcze ze mną koniecznie spotkać przed wyjazdem i to koniecznie! Co najmniej jakbym wybierała się na inny świat! Było to bardzo miłe i rzeczywiście czułam, że jest to ważne dla mnie. Spotkałam się ze wszystkimi lub prawie prawie, których uwielbiam i są mi bliscy. Którzy i tak wiem, że zostaną w moim życiu na zawsze. Przy okazji spotkań byłam obdarowywana róźnymi prezentami: książki, ramki, biżuteria, prezenty sentymentalne, zdjęcia, obrazy, a nawet piękne pożegnalne teksty. Bardzo bardzo bardzo miłe! To były prezenty dla mnie. Jeśli chodzi o prezenty dla „nas” to byliśmy obdarowywani głównie prezentami „patriotyczno-sentymentalnymi” np. woreczek ziemi z naszej ulicy (prezent od sąsiadów), fotoalbum ze zdjęciami z różnych naszych sąsiedzkich spotkań (od tychże również), album o znanych Polakach, magnesy z Warszawą, obraz – pastele przedstawiające stare Miasto w Warszawie itd.itp.

Początkowo spotykałam się ze wszystkimi, którzy chcieli się spotkać, oj naspotykałam! Dopiero kiedy zorientowałam się, że są sprawy po prostu technicznie niezbędne, zaczęłam niestety odmawiać, a dotyczyło to głównie ludzi, z którymi do tej pory kontakt był po prostu rzadki. Brutalnie należało tak zrobić.

Logistycznie dużo czasu zabrała też sama przeprowadzka czyli wysłanie rzeczy do US. Pozornie nie miałam dużo roboty bo pakowanie do kartonów należało do firmy przeprowadzkowej. Ale tylko pozornie. De facto mieliśmy 2 transporty: lotniczy na 450kg a reszta domu transport morski przewidziany na ok. 5 tygodni. Należało się po prostu zastanowić bez czego możemy tu na miejscu w nowym domu przeżyć przez około 3 tygodnie. Nie było to aż tak trudne. Natomiast cała papierologia to był dramat. Dostałam tonę papierów do wypełnienia (osobno lotniczy osobno morski) gdzie musiałam zaznaczyć co zabieram, jaka jest tego ilość i jaka jest tego wartość na rynku amerykańskim. Na przykład ile zabieram par skarpetek i ile jedna para jest warta i jaka jest cena w Us tego kosza na śmieci który zabieram… To mnie wykańczało. Pewnie są na świecie ludzie, którzy lubują się w tabelkach excelowskich, ja do nich nie należę! I dlatego też nie będę rozpisywać się o papierologicznych innych aspektach do załatwienia przed relokacją bo zaraz stracę humor 😉

W międzyczasie odbyliśmy z mężem przysługującą nam tzw. familiarisation trip czyli wizytę poznawczo-krajoznawczą z nowym miejscem czyli New Jersey, okolicami Princeton. Słowem pojechałam na randkę w ciemno by przekonać się co los mi zgotował. Głównym celem jednakże tego tygodniowego pobytu było znalezienie lokum. Niestety okazało się, że sprawa nie jest całkiem prosta. Z kilku powodów: mała ilość właścicieli godzi się na obecność zwierząt (średnio co 4) co bardzo zawężało nam możliwości znalezienia czegoś fajnego. Agenci początkowo pokazowali nam rudery, w których absolutnie nie mogłabym mieszkać. Oczywiście nie nastawiałam się na dom podobny do tego w którym do tej pory mieszkaliśmy, ale ważne było by był jasny, w miarę nowy, z dodatkową sypialnią dla gości, usytuowany w ładnych okolicach, z miłym międzynarodowym sąsiedztwem (co było na poczatku trudne bo wozili nas po jakiś chinatown’ach i o mało nie posądzili o nietolerancję kiedy zapytałam czy oby nie mieszkają tu sami Chinczycy..) Dom jest dla mnie bardzo ważny. To podstawa. To nie hotel na 3 dni, muszę czuć się w nim dobrze, by móc zachować na co dzień mój wysoki poziom energii. Lubię mieć czyste i jasne wnętrzna. To mnie oświetla od środka. Podczas tego tygodnia dom został odnaleziony, po prostu stał i czekał na mnie. Z perspektywy 2 miesiecy wiem, że to dobry wybór 🙂 o New Jersey, które też mi się bardzo podoba bedzie osobny post.

Kiedy nadszedł dzień pakowania lotniczego, odbyło się to bardzo sprawnie w pół dnia. Pakowanie rzeczy na statek trwało 2 pełne dni. Dobrze, że był to czas Mistrzostw Europy w piłce nożnej i wtedy grała Polska, to panowie byli bardziej zmotywowani. Pojechały 3 duże ciężarówki rzeczy. A wydawało się, że nie zabieramy dużo, bo większość szaf i mebli w domu mieliśmy wbudowanych na stałe. Ludzie czasami pytali się po co zabieram cały dom a dla mnie jest to rzecz prosta: wiedziałam, że prawdopodobnie wyjeżdzam nie na rok czy dwa i że po US byc może będzie inny kraj. Mając wszędzie swoje rzeczy będę się bardziej czuła w swoim domu a nie w hotelu. Potrzebuję mieć tu swoje rzeczy i je zabierać. Bo moje rzeczy to moja energia! Moja POZYTYWNA ENERGIA!

Kiedy pojechały ciężarówki i dom został dosłownie pusty to zrobiło się…dosłownie pusto! Czy wyobrażacie sobie salon bez kanapy a tylko z leżakami i małym ikeowskim stoliczkiem? Czy wyobrażacie sobie że w jadalni nie było już stołu ani krzeseł? A sypialnię bez łóżka a tylko z materacem? Wyobrażacie sobie jeść na kolanie przez 3 tygodnie? I dlatego tak pragnęłam by mnie ktoś zaprosił i posadził na jedzenie przy stole! Tak więc przez 3 tygodnie mój ukochany piekny dom szeptał do mnie „nie lubię cię już.. jedź już sobie…nic już tu dla ciebie nie mam 😉 ” I to wlasnie ten czas okazał się dla mnie dosyć trudny i nawet płaczliwy ale nie ze smutku tylko pozytywnych wzruszeń związanych z ludźmi.

Bardzo dużo pomogli mi w tym czasie moi rodzice. Przyjechali ze Szczecina i siedzieli przez prawie 3 miesiące aż do naszego odjazdu. Codziennie naprawdę codziennie były rzeczy do ogarniania. Jeden dzień leciał za drugim jak szalony. Wszyscy byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni. Pierwszy raz w życiu lustro mówiło mi, że brzydko wyglądam 😉 Taki czas i dałam sobie na to przyzwolenie.

Warto wspomnieć, że przed wyjazdem mieliśmy zapewnione przez firmę szkolenie międzykulturowe. Prowadziła je trenerka z doświadczeniem w relokacji ekspatów ale też mieliśmy telekonferencje na skypie z tzw. lokalesami tj. 2 Amerykankami stąd, które przekazały nam wiele praktycznych uwag. Co było ciekawe, że czasami zaprzeczały sobie wzajemnie odnośnie różnych tematów bo miały inne punkty widzenia. Nie przeszkadzało mi to, moim celem nie było dowiedzenie się „Jak JEST w US” bo na to pytanie nie można odpowiedzieć obiektywnie. Jak będę w następnych postach opowiadać o życiu tu, to pamiętajcie, że będzie to odpowiedź na pytanie „Jak Beacie tu jest, jakie jest JEJ życie w US”.  Największą wartością dla mnie jednakże było odpowiedzenie sobie na pytanie co będę uważała za swój sukces w momencie już kiedyś wyjazdu z US. Powiedziałam, że zawodowo to fakt, że będę miała tu swoich klientów a prywatnie kiedy będziemy cali, zdrowi i szczęśliwi, RAZEM (w sensie bardziej emocjonalnym, bo syn wyjeżdża już za rok).

Ważną rolę w okresie od Wielkanocy do połowy lipca odegrał u mnie proces clean coachingowy. 3 moduły odbywałam w Paryżu, i podczas jednego ćwiczenia metodą clean space, doświadczałam sesji na sobie. Moim facylitatorem był kolega z grupy a celem na sesję było zastanowić się nad moimi aktywnościami zawodowymi w US. Niespodziewanie rezultatem i najwiekszą wartością, jaką mogłam wtedy otrzymać, była kompletna zmiana perspektywy. Z głębi mojej duszy przyszedł głos taki oto: „Beata, zobacz naokoło tu i teraz. Zobacz co się dzieje tu. Zostań tu jeszcze przez chwilę…” I zostałam. Wróciłam z Paryża i byłam sercem i duszą w Warszawie, byłam obecna. Po prostu. Do końca, do 14 lipca, do dnia wyjazdu.

Dzień wcześniej pożegnałam się z ukochanymi rodzicami, odwiozłam ich na dworzec i wrócili do Szczecina. I jak się domyślacie był to jeden z trudniejszych momentów… Pocieszałam się, że są na tyle zmęczeni, że sami pragną już odpocząć, ale wiem, że dla nich to też było trudne. (wiem, że to czytacie, KOCHAM WAS 🙂

I przyszło zburzenie Bastylii czyli 14 lipca (data jak się domyślacie nieprzypadkowa 😉 kiedy zburzyłam dotychczasowy porządek i wyjechałam. Na lotnisko pojechaliśmy taksówką, a na lotnisku pożegnała mnie moja bliska przyjaciółka. Wyjechalismy we czwórkę: Kuba – syn, ja, pies i 13 letni kot. Bilet w jedną stronę pierwszy raz w życiu… Po 5 tygodniach rozłąki w końcu mieliśmy się spotkać wszyscy razem jako pełna rodzina!

 

CDN… już w US 🙂

P.S. Dziekuję, że czytasz.. podziel się ze mną chocby jednym zdaniem refleksji 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z perspektywy ławeczki.

Dawno dawno temu i teraz…

W tej chwili siedzę sobie na ławce w ogrodach Princeton University. Od momentu przyjazdu do New Jersey mija dokładnie miesiąc. Dużo to czy mało – na ten moment nie wiem ale na tyle dużo, by mieć materiał na kilka stron blogu. Czuję jednakże potrzebę i wartość wynikającą z opowiedzenia co działo się zanim usiadłam dzisiaj na tej ławce, bo etap przygotowywania się fizycznie i mentalnie do wyjazdu z Polski był bardzo ważny i niezaprzeczalnie stanowi nierozerwalną część całości.

Dla niewtajemniczonych jedynie kilka ważnych doprecyzowań dla lepszego zrozumienia.

Jestem tu, bo mój mąż dostał w USA możliwość rozwoju swoich kompetencji zawodowych w ramach tej samej firmy. Według definicji PWN: ekspat, expat środ. «wysokiej klasy specjalista, który opuścił ojczyznę, aby pracować za granicą». Jest więc ekspatem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można też powiedzieć, że tak naprawdę mój status to „żona ekspata”. To tak po definicji i tak oficjalnie. Słowem nie ma dla mnie definicji, choć można powiedzieć, że jestem ekspatką z wyboru i sama siebie przeniosłam w taki stan już dawno temu. Nieoficjalnie najbliższym znajomym od dawna było wiadomo, że gotowa byłam do wyjazdu bardzo długo wcześniej, niż mój mąż dostał ową propozycję i na długo wcześniej zanim sam był gotowy na taki krok. Odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe z Polski, by doświadczyć czegoś zupełnie nowego, skorzystać z innych, nowych możliwości, rozwinąć się międzykulturowo. Pasję do podróżowania i odkrywania nowych lądów zaszczepił u mnie tata – marynarz.

Przez wiele lat w związku z brakiem możliwości wyjazdu na stałe rekompensowałam sobie to w formie częstych prywatnych i zawodowych wyjazdów zagranicznych. I to bardzo długo wystarczało, niemniej moja energia w Polsce zaczęła się już powoli wyczerpywać. Doszłam do punktu swoistego wypalenia naszą ojczyzną. I to trzeba sobie szczerze powiedzieć. Miałam poczucie, że kręcę się w kółko i zawodowo i prywatnie, że ciągle doświadczam tych samych rzeczy i że siedząc w Polsce nieczego więcej nie osiągnę. Pomimo całej swojej radości życia i optymizmu coraz częściej pojawiał mi się obrazek JA U KRESU ŻYCIA z pytaniem „Czego najbardziej żałujesz?”. Przerażała mnie moja odpowiedź: „Żałuję, że nigdy nie wyjechałam zamieszkać poza Polskę i nie mogłam doświadczyć życia w innym zakątku tego globu”. Przerażające też było dla mnie, że niewiele z tym mogłam zrobić oprócz wiary że to przyjdzie i wiary w fizykę kwantową: jakie myśli wysyłasz w świat – to do ciebie wraca. I wróciło! Cokolwiek myślisz o fizyce kwantowej, wiara w nią naprawdę przydaje mi się w sytuacjach, które w małym stopniu zależą ode mnie.

Zaczęło pukać bardzo powoli około 3 lata temu (2013r) a na dobre otworzyło mi drzwi tuż przed Wielkanocą 2016 r. Chyba nawet symbolicznie: umiera coś – rodzi się coś nowego.

Natomiast zanim to wszystko stało się oficjalne i mogłam się tą radością dzielić, był taki ciekawy czas w naszym rodzinnym życiu, kiedy zaczął się etap zabiegania o ten wyjazd, ale bez żadnej pewności efektu końcowego. Z jednej strony szanse bardzo duże, z drugiej zero pewności. To powodowało, że przez parę miesięcy czułam jakbym dryfowała po oceanie bez konkretnie obranego portu i nawet nie wiedziała dokąd chcę przypłynąć. Na statku nie było kapitana i nawet paradoksalnie nie mogło być. Tak więc pozornie robiłam swoje, choć gdzieś w spokojności duszy już czułam szybko nadchodzącą zmianę.

Podejmowałam różne działania głównie na polu zawodowym, ale z pewną ostrożnością, by nie zaczynać projektów, których nie mogłabym ukończyć. Czasami łapałam się na tym, że nie rozpoczynałam czegoś by później nie żałować, że coś zostawiam, a to bardzo kocham. Jedynym wyjątkiem może był udział w rekrutacji na pozycję trenera w znanej szkole trenerów. Dostałam się do ścisłego grona finałowego i szczęśliwie nie zostałam przyjęta! Teraz pozwalam sobie na komfort powiedzenia „szczęśliwie” bo na tamten moment była to dla mnie duża przykrość.

Pozwalałam sobie również na niepodejmowanie działań z premedytacją i rozpoczynania nowych projektów, choć to przyznaję było ryzykowne i nie czułam się z tym komfortowo… Słowem nikomu nie polecam!

Były też działania z kategorii „Mogę to zrobić bo niezależnie od wyjazdu może mi się tu przydać”. Mówię tu na przykład o zapisaniu się na konwersacje do Academy of New York, gdzie uczą tylko rodowici Amerykanie. (o perypetiach językowych będzie osobny post). Mówię tu też o ukończeniu szkolenia na facylitatora clean coaching i zdobycia nowych możliwości zawodowych.

Zanim mąż podpisał kontrakt zaczęliśmy też cichutko o tym wspominać naszej rodzinie i najbliższym znajomym. U niektórych pojawił się efekt wyparcia i do końca nie byli w stanie uwierzyć. Niektórzy pukali się w czoło pokazując na nasz piękny, duży dom z ogrodem na warszawskiej Białołęce który rzekomo „zostawiamy”. Cierpliwie wyjaśniałam, że moim sensem życia nie są postawione mury, i że nie dostałam dożywotniego wyroku przebywania w tych murach jak w więzieniu. Sensem mojego życia jest doświadczanie życia w całej jego okazałości, smakowania, poznawania, zachwycania się, odkrywania czegoś nowego, ale też inspirowania do tego. Kiedy zbliżę się do kresu życia chcę wysłuchać po raz ostatni piosenki Edith Piaf „Rien de rien, je ne regrette rien” (Nieczego nie żałuję) i tak jak w cudownej scenie z filmu Edith na słowa tej piosenki zaproponowane jej przez kompozytora wykrzyknęła: „C’est moi!!! C’est moi!!!” (To ja! To ja!) tak samo zareagować. Powracając do reakcji bliskich znajomych i rodziny, na szczęście byli też ci, którzy szczerze nam gratulowali „odwagi” i twierdzili że sami by tak chcieli. (Słowo „odwaga” ujęłam w cudzysłowie ponieważ chciałabym jednak podkreślić, że to była ich definicja. Moja definicja odwagi jest zupełnie inna. Bo czyż wyjechanie gdzieś w celu realizacji swoich marzeń jednocześnie nie obawiając się czy znajdę pracę czy nie pogorszy się mój status materialny, jadąc „na gotowe” bo wszystko zawarte jest w kontrakcie ekspackim – można nazwać odwagą?)

Byli też tacy, którzy życzyli szczęścia i wiedziałam, że mnie wspierają, ale smutno im było po prostu ze świadomością bycia fizycznie daleko. Mi też było smutno, ale szybko przykrywałam to uczucie świadomością potęgi internetu i bezpłatnych połączeń telefonicznych a także wiedząc, że wcześniej czy później zobaczymy się czy tu czy tam.

Jedne, drugie i trzecie reakcje były potrzebne i zawsze mówią mi wiele o ludziach, którzy je pokazują i dzielą się nimi. Oczywiście wiadomo, że idealnie byłoby mieć samych wspierających ludzi wokół ale nie wszyscy są właśnie tacy. Są tacy, którzy modląc się w kościele o to, by ci się nie udało wyjechać nie są w stanie unieść się ponad swoje egoistyczne myślenie, by zaspokoić swoje ego. Czasami potrzeba głębokiego zrozumienia drugiego człowieka by dowiedzieć się co tak naprawdę kryje się za tak nieprzychylnymi intencjami. Z drugiej strony żartowałam sobie i zadawałam pytanie czy to oznacza, że ci, którzy się cieszyli – mieli mnie po prostu już dosyć? Hmm.. J Jedno na pewno dzisiaj wiem: warto żyć w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami z poszanowaniem siebie i najbliższych.

Tak więc wspomniany czas „między-między” był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem w życiu. Były sytuacje, że zanim coś nowego kupiłam, zastanawiałam się, czy to mi się przyda w US. Zaoszczędziłam dużo pieniędzy! 😉 Było dużo myślenia o tym, planowania jak to wszystko zorganizować jednocześnie niemożności działania bo nie było to pewne. Dziwne uczucie i to bardzo. W tamtym momencie pomogły mi bardzo szkolenia z clean coachingu i sesje, które odbywałam w ramach doświadczania clean jako klientka. Pomogła mi duża samoświadomość siebie, mój wysoki etap rozwoju osobistego, moja niezależność i optymizm. Pomogła mi też świadomość tego, że najważniejsze wartości w życiu są we mnie i obok mnie. Znam je i kieruję się nimi. Wiem też, że najukochańsi ludzie zawsze będą blisko i że bliskość nie polega na mieszkaniu obok siebie. Prawdziwa bliskość to nieustanny kontakt ze sobą różnymi dostępnymi metodami.

Jednocześnie z tej perspektywy ławeczki w ogrodach Princeton wiem, że gdyby etap „między-między” nie zakończył się etapem „mamy to!” byłoby to dla mnie ogromnym rozczarowaniem! Niemniej nie ma się nad czym zastanawiać. Jestem tu, oddycham tym powietrzem i zachwycam się! 🙂

Serdeczności!

Beata

P.S. Dziękuję, że czytasz mój blog, potrzebuję od ciebie komentarzy i wsparcia. Możesz napisać też, jaka tematyka w związku z moim życiem ekspackim by cię interesowała. Dziękuję!

http://www.beatamarciniak.pl

beata.marciniak@Ymail.comIMG_4544

 

O czym będzie, a o czym nie będzie?


Po wielu, wielu latach spełniam jedno z największych marzeń w swoim życiu o zamieszkaniu przez pewien czas poza ojczystym krajem. Zamierzam dokumentować rzeczy, których w związku z tym doświadczam z kilku powodów:

  • po pierwsze – dla znajomych, którzy chcą wiedzieć co u mnie (u nas),
  • po drugie – dla nieznajomych, którzy znajdą się w podobnej sytuacji i dla których być może będzie to jakaś baza wiedzy i doświadczeń, z których można czerpać,
  • po trzecie dla siebie prywatnie i zawodowo, bo doświadczenie to otwiera mi pewne nowe możliwości.

O czym będzie i czego można się spodziewać a czego na pewno nie?

Przede wszystkim na samym początku zastrzegam sobie, iż będzie to przede wszystkim tylko i wyłącznie moje osobiste zdanie na rzeczywistość, która wokół mnie i w środku mnie. Będę to bardzo podkreślać. Oznacza to, że będę unikać sformułowań typu: „W Ameryce jest tak i tak, a wszyscy Amerykanie są tacy i tacy”. Czytając moje wpisy pamiętajcie, że koncentruję się głównie na „swoim podwórku”. Nie biorę odpowiedzialności za daleko posunięte interpretacje i nie będę przekazywała „prawd objawionych”z których wszyscy mogą skorzystać.  W zamian przeczytacie o tym, co mnie ucieszyło, zaskoczyło, zachwyciło, zasmuciło, rozśmieszyło… Nie będę udzielać rad..no chyba, że rzeczywiście będzie to uzasadnione 😉 Mało będzie wiadomości encyklopedycznych, które każdy może sobie odnaleźć w internecie, dużo właściwych dla mnie przemyśleń i podejścia subiektywnego.

Czego od Was potrzebuję?

Komentarzy, pytań, sugestii, propozycji tematów… Reakcji!!!

Już teraz za to dziękuję!

BeataIMG_4170