Pożegnanie Wojtusia :(

thumb_IMG_9360_1024

Chcę i uważam za swoją misję opisanie moich emocji towarzyszących chyba najtrudniejszym dniom mojego dotychczasowego ekspackiego życia. Było to kilka dni temu pożegnanie naszego 14-letniego kota Wojtka.

Wojtuś przyleciał z nami w lipcu 2016 roku do US. Podróż w luku bagażowym zniósł bardzo dzielnie. Od początku zauważyliśmy jakoby bardzo szybko się zaadoptował w nowym domu, mówiliśmy, że przeżywa „drugą młodość”. Mądry, piękny kot. Egzotyk, pers. Ulubieniec absolutnie wszystkich. Nasza gaduła, bo odpowiadał zawsze miauknięciem na wszelkie nasze słowa do niego adresowane. Z powodu wyglądu swojej mordki wywoływał uśmiech na twarzy i pozytywne emocje.

W maju tego roku zauważyłam, że jakby troszkę schudł. Poszłam z nim na gruntowne badania, które trwały pół dnia. Weterynarz stwierdziła ze wszystko jest w normie i odesłała nas do domu tylko przepisując nową, specjalistyczną karmę.

Pod koniec lipca pojechałam do Polski, wróciłam 22 sierpnia. Wszystko jeszcze było w porządku. W niedzielę wieczorem 27-go sierpnia zaczęło mi się wydawać, że przestał jeść. W poniedziałek już byłam pewna, że nie je… Zapisałam go na wizytę do naszej kliniki weterynaryjnej w Princeton. Była środa. Po przebadaniu okazało się, że ma niewydolność nerek. Stan ciężki. Zadzwoniłam do męża (który przebywał wtedy w Barcelonie i miał wrócić nazajutrz) z tą wiadomością. W głowie na tym etapie miałam jeszcze tylko pytanie „Jak wyleczyć Wojtka i gdzie?”. Poprosiłam doktor by jeszcze raz wszystko objaśniła męzowi przez telefon bo może jednak ja czegoś może nie zrozumiałam z języka medycznego. Wtedy jak rozmawiała z mężem usłyszałam to okropne słowo EUTANASIA… Wzięłam słuchawkę do ucha… Piotr płakał…. zapytał czy potrzebuję kilku minut na podjęcie decyzji czy go leczymy dalej czy usypiamy…. Odpowiedziałam, że te kilka minut mi nic absolutnie nie da. Powiedziałam lekarce, że chcę teraz pojechać do szpitala dowiedzieć się na miejscu i skonsultować stan Wojtusia z innym lekarzem. Pojechałam oczywiście cała zaryczana.

Lekarka w szpitalu NORTHSTAR VET w Robinsville NJ, na spokojnie wszystko mi wyjaśniła. Potwierdziła, że stan Wojtka jest bardzo ciężki i że jest mu potrzebna hospitalizacja. Potwierdziła, że w obecnym stanie mamy 2 opcje: pobyt w szpitalu około 4 dni bez gwarancji wyleczenia (koszt między $1800 a $3500) lub eutanazja…  Spytałam, czy jest możliwość podania kotu środków przeciwbólowych i poprawienie mu komfortu przez noc do momentu podjęcia decyzji. Wcześniej ustaliliśmy z Piotrem, że po jego przylocie pojedziemy z Wojtkiem natychmiast do szpitala i podejmiemy decyzję (Piotr wracał z Barcelony nazajutrz ok 13.30).

Zabrałam Wojtusia do domu na tę noc. W nocy przyszedł jeszcze do mnie i wskoczył na łóżko ok. 2h. Zaczęłam z nim rozmawiać tak przez łzy… On mi odpowiadał.. Tak jak zawsze on… Zasnął na łóżku, a ja potem zaczęłam czytać w necie różnego typu artykuły, między innymi o usypianiu zwierząt. O doświadczeniach innych i o tym, jak to wygląda. Przeczytałam dużo. Naprawdę bardzo mi to pomogło, a najbardziej takie zdania: „Kochać zwierzę, to też nie pozwolić mu cierpieć”, „Lepiej podjąć decyzję wcześnie, niż o godzinę za późno..”, „Oceń dobrze czy nadszedł już ten ostatni rozdział życia twojego zwierzaka”. Wybrzmiewało mi od tej pory tylko „Nie pozwól mu cierpieć”.  Kiedy widziałam w nocy Wojtka jeszcze skaczącego na łóżko byłam pewna, że odzyskał trochę siły i poczekamy na Piotra. Kiedy jednak obudziłam się rano i spojrzałam na jego brak siły i ogólną formę, podjęłam decyzję właściwie w jednej sekundzie. Zaczęłam myśleć kategoriami zabezpieczenia komfortu ostatnich chwil mojego zwierzęcia a NIE zabezpieczeniu swoich emocji i strachu przez podjęciem decyzji, byciem kompletnie samą w domu w tej sytuacji etc. Przez chwilę myślałam czy Piotr nie będzie na mnie zły, że nie dałam mu możliwości zobaczenia Wojtka po raz ostatni… ale były to tylko chwile tego typu wątpliwości. Patrzyłam na Wojtusia i wiedziałam już, że on na mnie liczy. Że nie chce już cierpieć… To było okropnie trudne… Okropnie trudne było zadzwonienie do syna (przebywającego w Warszawie) i oznajmienie mu tej decyzji… Trudne, bo to był zawsze przede wszystkim jego ulubieniec, to on wybrał dla niego imię i to dla niego był Królem. Syn zrozumiał, przyjął to nawet ze spokojem. Mnie to też po części uspokoiło.   Okropnie trudne było też podjęcie decyzji w której minucie mam go włożyć w transporterek i wyruszyć w drogę do szpitala… Patrzyłam, by dał mi jakiś znak. A on jeszcze wyszedł taki słaby na ogródek i położył się na trawie.. dałam mu tę chwilę, weszłam do domu.. Wróciłam za chwilę, on już leżał słabiutki w innym miejscu i wtedy go wzięłam na ręce.

Weszłam do szpitala oczywiście cała we łzach.. to już był 3 dzień ryczenia. Powiedziałam, że byłam wczoraj i wracam z decyzją o eutanazji. Kiedy to słowo przechodziło przez moje gardło pogarszało tylko mój ogólny stan ryczenia. Płakałam głębiej i mocniej. Recepcjonistka z empatią powiedziała „That’s OK!!”. Wszystko to, co działo się póżniej było tylko potwierdzeniem najwyższej empatii i profesjonalizmu podejścia do zwierzęcia i jego właściciela. Recepcjonistka zaprowadziła mnie i Wojtka do tzw. family room – przytulnego pokoiku z miękkimi sofami. Za chwilę przyszła pani doktor… zapytała czy to Woytek… na to pytanie oczywiście znowu się rozpłakałam… podeszła do mnie, złapała mnie za rękę, powiedziała coś do Wojtusia a potem do mnie następujące zdanie: „Czyli POMOŻEMY dzisiaj Wojtkowi odejść.. tak?”. Potem zapytała czy chcę być przy ostatnim zastrzyku.. Nie wiedziałam.. Zaproponowała, że wszystko mi opowie jak to wygląda, bo prawdopodobnie pomoże mi to podjąć decyzję. Mówiła, że to trwa naprawdę kilkanaście sekund, że zwierzę nie cierpi i potem wygląda, jakby spało… Pomogło. Postanowiłam być z Wojtusiem do końca. Następnie zabrała go do innego gabinetu. W międzyczasie przyszła młoda dziewczyna z obsługi, by zapytać co robimy z ciałem.. Zdecydowałam się na prywatne skremowanie i przysłanie mi do domu prochów Wojtka. Zaproponowała, że przyjmie teraz ode mnie płatność za wszystko, żebym potem już mogła tylko spokojnie wyjść… i pokazała mi EXIT z tego saloniku „kiedy już będzie po wszystkim…”. Taki niesamowity szczegół w tej całej sytuacji… EXIT z tego pokoju wychodził bezpośrednio na parking! Zadbali o to, by człowiek, który dopiero co stracił zwierzaka nie musiał przechodzić z powrotem przez recepcję, między innych pacjentów, innych ludzi….

Potem ktoś jeszcze przyszedł i przyniósł mi kopertę „For you and your family”.. W środku był list od Pet Loss Support, takiego wsparcia dla ludzi tracących zwierzęta, z propozycją spotkania w razie zapotrzebowania. Była też broszurka wyjaśniająca wszelkie stadia całego procesu choroby i utraty zwierzęcia, wyjaśnienie wszelkich możliwych reakcji temu towarzyszących, usprawiedliwienie ich… pomoc w ich zaakceptowaniu i przeżyciu… Inna broszurka wyjaśniająca jak sobie pomóc w żałobie i jak bardzo jest ważne, aby nie zaprzeczać własnym emocjom. Jeśli odczuwam ból, to NIE zaprzeczać temu. Dać bólowi przepłynąć. Zmierzyć się z nim.

Póżniej przyszedł inny pracownik i przyniósł mi Wojtka owiniętego całkowicie w kocyk. Wystawała mu tylko główka.. Powiedział, że mogę z nim posiedzieć ile tylko chcę w tym pokoju (ciągle tym samym, nigdzie przez ten czas nie musiałam się ruszać z sofy), a kiedy będę gotowa, wystarczy tylko podnieść słuchawkę od takiego domofonu i wcisnąć zero. Nie muszę nic mówić, pani doktor będzie wtedy wiedziała, że ma przyjść.

Trzymałam tak więc w ramionach Wojtusia naszego i tak sobie rozmawialiśmy. Podziękowałam mu za wszystko, co wniósł do naszego życia… Rozmawiał ze mną do samego końca, już taki słabiutki… I znowu nie wiedziałam kiedy podjąć decyzję o podniesieniu słuchawki… 😦 Patrzyłam ciągle na zegarek, w końcu postanowiłam, że to ten moment… Przyszła Pani doktor… Jeszcze raz podziękowała mi cichym, empatycznym głosem, jak bardzo docenia to, że potrafiłam ocenić w jakim Wojtek jest stanie.. Nie muszę dodawać, że mi łzy nie przestawały lecieć… ona mnie trzymała za rękę. Mimo, że byłam sama, to nie byłam sama…  I wtedy odkryła kocyk, Wojtek jeszcze zdążył wstać, a ona podała mu pierwszy zastrzyk usypiający. Wojtuś zasnął z wyciągniętymi tak łapkami. A potem wytłumaczyła, że za chwilę poda ostateczny zastrzyk zatrzymujący akcję serca.. Serduszko Wojtusia natychmiast się zatrzymało… Odszedł na tęczową polanę w spokoju, w moich ramionach i bliskości. Przestał cierpieć. Znowu moje łzy i szlochy się nasiliły… Pani doktor spojrzała na Wojtka i jeszcze raz powiedziała, jaki to piękny kot… i zapytała, czy ma go zabrać czy jeszcze chcę z nim posiedzieć… Chciałam, by go zabrała. Ona go podniosła, i odwróciła do mnie, a ja pocałowałam go w główkę i powiedziałam Pa pa Wojtuniu… Już się nie odezwał, ale tak, jakbym słyszała na końcu jego „Miau”.

Pojechałam do domu, gdzie czekała na mnie tylko moja yorczka Sibelle (na szczęście jeszcze nam została). Po południu przyjechał Piotr i płakaliśmy razem jeszcze przez 2 dni. Potem opowiadałam to wszystko kilku bliskim osobom i oczywiście płakałam.

Mija kilka dni i myślę sobie, że energia naszego Wojtusia jest ciągle z nami. Był to członek naszej rodziny i nic tego nie zmieni. Jego prochy zostaną postawione w naszym domu i będą się z nami wszędzie przeprowadzać.

Myślę też sobie, jakie miałam szczęście trafić w tym trudnym momencie do niesamowitego szpitala pełnego przecudnie empatycznych ludzi, a nade wszystko pani doktor. Analizując to wszystko widzę, jak każdy gest, każde słowo, każdy element całości tej smutnej procedury był przemyślany, z największym poszanowaniem odchodzącego zwierzęcia i towarzyszącemu mu właściciela. Czułam się w każdej minucie zaopiekowana i zrozumiana. Czułam się bezpiecznie, czułam, że Wojtuś odchodzi z godnością.

Dzisiaj przyszła kartka ręcznie wypisana przez panią doktor usypiająca Wojtusia. Tekst na kartce: „With deep sympathy, in this time of loss and sadness, may your heart be filled with wonderful memories of love” . Dziękujemy Pani Doctor przez duże D. Niezwykła kobieta, niezwykły człowiek. Jutro zrobię to samo: wyślę jej ręcznie wypisaną kartkę z podziękowaniami.

Doświadczenie to było pierwszym tego typu w moim życiu, gdy musiałam podejmować decyzję o uśpieniu mojego zwierzęcia. Teraz wiem z całą pewnością: biorąc małego pieska czy kociaka, jako jego Pani jestem odpowiedzialna za jego komfort życia od malutkiego do samego końca, do ostatniego rozdziału… i teraz wiem, jak niezwykle wielka odpowiedzialność spoczywa na mnie za jego godną śmierć. Wojtuś zasnął godnie. Nie pozwoliłam mu długo cierpieć.

Beata

P.S. Napisałam ten post, bo być może kiedyś te myśli komuś pomogą tak, jak mi pomogło kilka tekstów wyczytanych w internecie.

 

 

 

 

Reklamy