Cztery pory roku.

thumb_IMG_1548_1024Mija 10 miesięcy pobytu w US. Zaczynam doświadczać czwartej pory roku.  Dokładnie rok temu o tej porze przygotowywałam się do tygodniowej familiarization trip, której celem głównie było pierwsze zapoznanie się z regionem i znalezienie lokum. Wszystko zrealizowane zgodnie z planem.

Powracam do skrótowego opisu czterech pór roku bo teraz już mogę mieć jasny na to pogląd. Oczywiście nie chodzi tylko i wyłącznie o pogodę ale też pogodę ducha 🙂

LATO

Kiedy przyjechałam w lipcu zastały mnie ogromne upały (35-40 stopni) i duża wilgotność. Ja, kochająca słońce i ciepło po 2 takich miesiącach miałam serdecznie dosyć!! Trudno wytrzymać kiedy w domu chodzi non-stop zimna klimatyzacja a na zewnątrz nie da się normalnie funkcjonować. Lato było dla mnie pierwszym odkrywaniem wszystkiego: pogody, sąsiadów, sklepów, jedzenia, administracji, możliwości. Było dla mnie niejasną sytuacją zawodową i rozpakowywaniem przez miesiąc rzeczy, które przyszły z polskiego domu. Było przyjemnie, było jak na wakacjach cały czas.  Lato to również było brutalne zderzenie się z rzeczywistością językową i zdziwieniem, że jednak ich nie rozumiem!! Okropne uczucie, kiedy tracisz swój autorytet. Koszmar. Zaczęłam czytać po angielsku świetną książkę Jhumpy Lahiri „In other words” opowiadającą o zmaganiach amerykańskiej popularnej pisarki z komunikowaniem się w języku włoskim. To jest książka tylko o tym. Jak to jest uczyć się języka, jak to jest przeżywać różnego rodzaju rozterki wynikające z wciąż niewystarczającej znajomości. Polecam bardzo. Językowo to był dla mnie czas „nieperfekcyjny”. Byłam zdenerwowana tą sytuacją.

Lato to także pierwsze nowe znajomości, głównie ze środowiska ekspackiego i sąsiadek.

Lato to odkrycie bliskości pięknej przyrody, oceanu i najbliższych okolic.

JESIEŃ

Jesień pogodowo to było najprzyjemniejsze zaskoczenie. Bardzo dużo słońca, niesamowite kolory drzew i roślinności. Przy tym ciepło. Bardzo. W pażdzierniku byłam jeszcze na plaży nad oceanem. Listopad w porównaniu z zawsze najgorszym pogodowo miesiącem w Polsce tutaj był przepiękny!! Przesiadywaliśmy często na naszym uroczym tarasiku, który jest tak niesamowicie zorientowany, że zawsze jest tak takie mini-solarium. Uwielbiam! Jesień o był zachwyt nad zachwytami. Przyroda była nieziemska, nie mogłam się wprost napatrzeć!  Kiedy nadszedł grudzień, a słońce jeszcze tak mocno świeciło, to aż trudno było myśleć, że za chwilę święta.

Zawodowo, był to bardzo spokojny czas, głównie zajmowania się tłumaczeniem książki o clean coachingu z francuskiego na polski.

Towarzysko zaczęłam poznawać więcej Polonii Amerykańskiej, wśród której moją cudowną Elizabeth, zwaną potem Matką Założycielką. (wyjaśnienia w zimie).

ZIMA

Mieszkając w Polsce napatrzyłam się na relacje tv z nowojorskich zim, i okrutnych mrozów tak, że naprawdę przygotowywałam się na podobny scenariusz. Powiem szczerze, że nawet miałam nadzieję doświadczyć tak srogiej burzy śnieżnej, że już sobie wyobrażałam jak nie damy rady wyjść z domu przez 3 dni 😉 Tymczasem najgorsze mrozy przeżyłam podczas świątecznego pobytu w Polsce. Po powrocie do amerykańskiego domu w styczniu zimy nie było widać. Były nawet dni, które bardziej przypominały wiosnę, a temperatura dochodziła do 20 stopni! Wszyscy jednak mówili, że ta zima, jesień i lato były wyjątkowe i nietypowe.  Zima przyszła i burza śniegowa też na początku marca. Ubawiłam się prognozami i ostrzeżeniami i ogromnej burzy całodobowej, obserwowaniem jak Amerykanie wykupują wszystko ze sklepów i odwoływaniem zajęć w szkołach i sugerowaniem pracy z domu. Mój mąż pojechał jednak do pracy następnego dnia i był…jedyny w kilkutysięcznym biurze! Śnieg jak śnieg, kto mieszka w Polsce wie jak to wygląda i na widok tego co tutaj się zadziało nie zdziwił by się zbytnio. Owszem, spadło trochę więcej śniegu i padało przez parę godzin, a potem były duże zaspy, ale jak tylko opady się zakończyły, na naszym osiedlu błyskawicznie wszystko odśniezono, łacznie z naszym chodnikiem pod drzwi. Zrobiło to na mnie wrażenie.

Zima, a głownie od drugiej połowy stycznia i dzięki temu, że Matka Założycielka zorganizowała spotkanie 4 Polek u siebie w domu w Filadelfii, utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam kontynuować zawodowo ścieżkę coachingowo – trenerską wśród Polonii.  Wspomniane spotkanie to przede wszystkim ukonstytuowanie tzw. Zarządu, z Matką Założycielką na czele (czyli grupy wsparcia 5 Polek). Mam do nich pełne zaufanie, cieszę się zawsze na spotkania i czuję pełną bliskość bratnich dusz na obcej ziemi. Jeśli chodzi o życie towarzyskie to kwitnie jak kwiatki na wiosnę.

Zawodowo tak jak wspomniałam, utwierdziłam się w przekonaniu swojej drogi, którą chcę pójść. Zaczęłam sprzedawać (a właściwie wyprzedawać) książkę. Sprzedałam do końca nakład tak, że zabrakło „towaru” i świeciłam oczami na zapytania. Dodruk został zamówiony, ale musiałam na niego czekać 2 miesiące.

WIOSNA

Pytałam tubylców jaka tutaj jest wiosna. Mówili, że dla nich to najgorsza z tutejszych pór roku. Nie przychodzi szybko, jest zimno i w ogóle. Zapomniałam, że nie mają porównania z Polską 😉 Tak, owszem, drzewa były dosyć długo jeszcze łyse, ale temperatura dość szybko się podniosła. Były spore ciągle skoki temperatur i nawet przyszło już lato. Rozchwianie kompletne. Marzec był najbrzydszym zdecydowanie tutaj miesiącem, który przeżyłam, ale jednak to i tak luksus jeśli porównamy to, co działo się w Polsce.  W momencie, gdy wszystko zakwitło nie mogłam przestać się zachwycać barwami kwitnących drzew i krzewów. Kolory, których nigdy do tej pory nie widziałam.

Wiosną przylecieli rodzice z pierwszą wizytą i jest to bardzo przyjemne uczucie gościć ich tutaj i obserwować ich radość odkrywania i zwiedzania 🙂

Zawodowo się rozwijam, buduję swoją markę, zaczynam być zapraszana tu i ówdzie z książką i na warsztaty. Cieszy mnie to niezmiernie. Jestem tu potrzebna.

Dużo się dzieje. Przeżywam tyle pozytywnych emocji związanych z tym życiem tutaj, że zaczęłam mieć kłopoty ze snem 😦 Czas tu płynie bardzo szybko i nie potrafię tego logicznie zinterpretować.

W temacie angielskiego po 10 miesiącach już nie czuję złych emocji. Rozumiem już tubylców!!! Zaczynam czynić plany ukończenia certyfikowanego amerykanskiego kursu coachingowego i nabycia kompetencji pracy w tym języku. Nabieram pewności językowej i jest to piękne. Jestem dumna ze swojego akcentu i w przeciwienstwie do francuskiego, który pozostanie dla mnie językiem serca w przypadku angielskiego akceptuję to, że pozostanie dla mnie językiem operacyjnym i nie muszę mieć ambicji mówienia bez akcentu. Myślę, że dobrze być językowcem, mieć świadomość pewnych mechanizmów i świadomość tego, jak człowiek uczy się języka i że do tego potrzeba czasu. No chyba, że ktoś jest geniuszem językowym, Ja nie jestem. Mówię w tej chwili 4 językami, ale jeden wynikł z drugiego i była to i jest codzienna praca i kontakt z native’ami. Z tego też powodu jestem tu pewnym „zjawiskiem”, bo wiadomo, że ludzie tu aż w tak wielu językach nie mówią 😉

Życie ekspackie jest przyjemne. Po prawie roku czuję, że chcę jeszcze i jeszcze. Z drugiej strony, tu i teraz czuję największe spełnienie i szczęście w moim życiu. Tak jeszcze nigdy do tej pory nie miałam. Przeżywam też swego rodzaju „kryzys”, bo ciągle mam problemy zdefiniowania sobie, czy ja ciągle jestem na wakacjach. Myślę, że tak, że są to takie wakacje w tej chwili, taki stan szczęśliwości. Kiedy skończy się taki stan umysłu i już się tutaj zasiedzę, to wtedy pomyślę, że już czas na zmiany. Na razie nie! Jest lepiej niż dobrze 🙂

Beatathumb_IMG_1548_1024

Reklamy