Wczoraj dopiero przyleciałam!!

14570740_10209733356027239_3828671709045327287_o

ZDJ. Fall photo Princeton University by BEATA MARCINIAK

 

Za parę dni miną 4 miesiące odkąd tu jestem. Właściwie, zgodnie z planem (którego ja, wizjoner nigdy nie mam 😉 powinnam napisać post o pierwszych moich krokach tutaj, pierwszych dniach. Ale nie… właściwie mam potrzebę teraz ogarnąć wszystko z lotu ptaka, bardzo ogólnie, bez wdawania się w szczegóły, ale za to tak, by oddać całą atmosferę tych 4 miesięcy. Opisywanie szczegółów i skupienie się na jednym temacie może przyjdzie kiedyś, a może nie. Niczego nie obiecuję, bo wszelkie szczegóły i rozpisywanie się nad nimi to nie moja bajka. Ja jestem motywacyjnym Wizjonerem, który nie wdaje się w detale, bo wiadomo, że Wizjoner to człowiek o szerokim spojrzeniu. Tak więc szeroko spoglądam i już robię przegląd:

1. Wczoraj dopiero przyleciałam!! Ten tytuł nie jest przypadkowy i odzwierciedla największy szok jaki odczuwam tu: CZAS PŁYNIE BARDZO SZYBKO! Mamy już bilet do Polski na Święta!! Nigdy, ale to przenigdy nie odczuwałam tak szybko upływającego czasu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, i już wieczór i już piątek, i już koniec miesiąca! Nie potrafię tego sobie do końca wytłumaczyć na czym to polega. Kiedy dzielę się tym spostrzeżeniem z tubylcami ekspatami mówią mi, że to normalne i że oni mają tak samo i cieszą się, że skoro to mówię, to z nimi też wszystko w porządku. Kiedy dzielę się tym z przyjaciółmi w Polsce, tłumaczą mi, że pewnie dlatego, że tyle się w moim życiu dzieje i mam dużo spraw. Nie wiem. Dzieje się, to prawda. Mam dużo spraw. To prawda. Ale nadal nie rozumiem, bo w Polsce też miałam dużo spraw i pracowałam intensywniej. Próbuję przypomnieć sobie momenty mojego życia, kiedy czas pędził szybciej i nic mi więcej nie przychodzi do głowy jak czas wakacji… Coś chyba w tym jest. Może jednak podświadomie ciąglę czuję się jak na wakacjach? Muszę poprosić o sesję clean coaching by wyciagnąć to z mojej podświadomości 🙂

2. Boże jak tu pięknie! Miałam szczęście, że trafiłam w miejsce, które nieprzypadkowo nazywane jest Garden State. Pierwsze moje wrażenie, jeszcze z maja, z familiarization trip to było poczucie, że poruszam się po parku narodowym! I tak jest do tej pory. Cechą charakterystyczną tego miejsca są wysokie i piękne drzewa, mnóstwo parków, biegające wszędzie sarny (jest ich mnóstwo!), żółwie, świetliki… niska zabudowa, wszystko w otwartej przestrzeni (nie ma tu żadnych płotów czy barier) którą uwielbiam, o co nawet siebie nie podejrzewałam. New Jersey oczywiście jako stan nie jest jakoś szczególnie piękne wszędzie, a szczególnie na północy. Jest za to bardzo interesujące i bogate w atrakcje. Z naszego miejsca (mieszkamy między Pennington, Princeton a Lawrencewille) praktycznie w godzinę do półtorej można dojechać wszędzie: nad piękny, ciepły ocean z cudownie piaszczystą, szeroką plażą, gdzie nawet prawdziwe palmy w sezonie ustawiają (hahaha Amerykanie to potrafią!), do dużych miast jak Filadelfia (40mn) czy Nowy Jork (mamy kolejkę 10 mn od domu, którą jedziemy na Manhattan około 70 mn, samochodem to czysta tragedia, można stracić nawet 2 i pół godziny!), niewysokie ale urokliwe góry (około 90 mn). Nie mówiąc już, że do przeuroczego Mercer County Park z licznymi jeziorami jeździmy na rowerach i chodzimy pieszo. Nasze miejsce to kosmopolityczne osiedle nowych szeregowców, pełne cudzoziemców i Amerykanów. Przed domem od strony tarasu mamy dużą łąkę i przestrzeń.

3. Klimat. Od 14 lipca, odkąd jesteśmy do mniej więcej początku września odczuwalność temperatury to było coś w okolicach 40 stopni. Do tego straszna wilgotność. Trudno jednak wytrzymać. Klimatyzacja w domu (na szczęście jest!!!) działała całą dobę. Dopiero we wrześniu zrobiło się normalne lato z temperaturami około 25 stopni. Pażdziernik był cudowny, dopiero w połowie było czuć nadchodzącą jesień, ale i tak temperatury dochodziły do 30 stopni. Potem spadały do 15, duże wahania. Teraz mamy listopad, złotą cudną jesień. Podziwiam, zachwycam się, tracę oddech, śmieję się do siebie. Stan porównywalny do zakochania się i głupawki endorfin. Chce mi się wychodzić, spacerować, robić zdjęcia. Kocham słońce! Kiedy mieszkałam w Polsce, (a wiadomo jak to jest w okresie jesienno-zimowym), to potrzebowałam oszukiwać mózg by móc cieszyć szaroburym dniem. Umiem to robić, umiem tak zarządzić swoim wewnętrznym światem, że wtedy koncentruję się na nim. Jest tam zawsze słonecznie i kolorowo. Wymaga to jednak wydatkowania energii, którą zgromadziłam poprzednio w słoneczne dni. Czasami robiłam tak, że jak już za długo było szaro i nie mogłam przecież oszukać fizjologii (pomimo coachingowych sztuczek) to planowałam podróż w słoneczne miejsca. W zeszłym roku od pażdziernika do maja byłam : w Prowansji, 3 razy w domu w Hiszpanii, w Singapurze, w Paryżu. Jakoś przeżyłam 😉 Teraz dopiero widzę, jak to jest i ile składa się energii w człowieku na zapas, kiedy dzień jest słoneczny. A zdecydowanie 90% dni jest tutaj słonecznych z niebieściutkim niebem. Budzę się rano, i już sobie żartuję, że dzisiaj dla odmiany świeci słońce 🙂 Duża ilość słońca szkodzi jednak motywacji do pracy, więc zasiadam do niej dopiero wieczorem lub późnym popołudniem. Wolę jednak tak i nad tym popracować niż czuć się zmotywowana przez szarobury dzień. Tubylcy mówią, że zima tu bardzo ciężka, długa, ostre temperatury, dużo śniegu, wiosna krótka… Nie przestraszyłam się, bo jak patrzę za okno to mam efekt wyparcia 🙂 Czy już mówiłam, że kocham słońce?

4. Rodzinnie.  I to jest najpiękniejsze odczucie. Jako rodzina jesteśmy jacyś odświeżeni, podekscytowani. Pojawiły się nowe tematy do dyskusji, nowe odkrycia. Jesteśmy często i blisko wszyscy razem. Czy jest to efekt „osobliwego skazania tylko na siebie?”jak niektórzy tu to mówią? Nie wiem, nie ważne. To przyszło tu, wraz z tym życiem tu i jest to magiczne. Chwilo trwaj. Pozwól, że ten wątek zostanie tak krótki, bo jest dla mnie zbyt ważny, a nie czuję się wewnętrznie upoważniona do opowiadania o mężu i synu. Oni mogliby pisać swoje blogi. Ja mówię tu tylko o sobie i swoich uczuciach.

5. Ludzie. Temat jednak chyba na osobny post, ale mimo wszystko zmierzę się tak bardzo w skrócie.

  • Sąsiadki. Mam 3 poznane sąsiadki: 2 Amerykanki, 1 Węgierka. wszystkie udzielają się charytatywnie, wychowują dzieci, są bardzo miłe. Węgierka to ogromnie dynamiczna i gadatliwa kobieta, przed którą uciekam daleko, bo jak zagada, to godzina z głowy 😉
  • Polacy. Jest tu ich dużo, ale nie weszłam do tak zwanej Polonii przy polskim kościele w Trenton. To jest bardzo specyficzne środowisko. Nie jestem raczej zainteresowana przebieraniem się w krakowiankę, gotowaniem bigosu i spotykaniem ludzi, którzy Polskę pamiętają sprzed 30 lat. Trudny temat, pewnie kiedyś szerzej opiszę. Znamy natomiast miłą parę mieszkającą tu od 20 lat, już właściwie tutejsi, choć mówienie w tym samym języku przypomina że źródło to samo.. Inne dwie, przemiłe młode Polki poznałam na lekcjach angielskiego w Princeton a to już jest zupełnie inna bajka.
  • Ekspaci. Najwięcej oczywiście znamy tutejszych ekspatów. Ludzi tu poznaje się oczywiście przez firmę, jak ktoś zaprosi Cię na imprezę. Na takiej imprezie właśnie poznałam Ninę, Szwajcarkę chorwackiego pochodzenia, moją bratnią duszę. Nina oczekiwała mnie na długo zanim się zjawiłam w US, bo Piotr poznał ją wcześniej i opowiadał jej o mnie. Pamiętam, jak spotkałyśmy się pierwszy raz, uściskała mnie tak mocno, jakbyśmy były przyjaciółkami od lat.. Nina jest tutaj z rodziną od 2 lat, a od 7 lat w życiu ekspackim. Niedawno powiedziała mi, że jej mąż przyjął propozycję powrotu do Szwajcarii. Wyjeżdżają pod koniec grudnia. Smutno naprawdę mi się zrobiło tak szczerze po raz pierwszy. Cieszę się jednak z jej powodu, bo wiem, jak bardzo nie lubiła tu być i jak bardzo chciała wrócić do Europy. Oczywiście pocieszamy się nawzajem, że to dopiero początek naszej przyjaźni i tak naprawdę to dopiero będziemy miały kontakt jak ja wrócę do Europy. I tego się trzymam! A póki co mamy w kalendarzu zarezerwowane terminy na wspólne lunche w Teresa Cafe przy prawdziwym włoskim espresso. Poznałam też Delphine – Francuzkę hiszpańskiego pochodzenia i jej męża Belga. Od 4 lat tutaj. Właśnie kupili tu urokliwy dom. Nie wiadomo, czy na stałe tutaj, bo w życiu ekspackim nigdy nie wiesz gdzie będziesz jutro. Delphine kiedyś po prostu napisała do mnie sms’a, że tyle o mnie słyszała fajnych rzeczy, że koniecznie musimy się spotkać i zaprosiła mnie na kawę do siebie. Zaiskrzyło. Byli potem u nas na kolacji (ja cała w stresie, bo Delphine prowadzi warsztaty kulinarne), a jutro my idziemy do nich. Z Delphine mamy wspólny projekt – napisania przewodnika po New Jersey. Ona jest kompletnie inna niż tutejsi ekspaci. Ona jest taka… „tutejsza”. Kocha tu być, zachwyca się, bardzo jest tu zadomowiona. Miło ją słuchać, bo ja jestem jeszcze w tej fazie, że też jestem zachwycona.
  • Chińczycy. Niesamowity materiał na post. Poznaję ich głownie na kursach angielskiego. Na początku chodziłam do Princeton Library na angielski, ale zauwazyłam, że 70% to Chińczycy. Niestety, mimo, że bardzo ale to bardzo się starają, są bardzo słabi językowo i właściwie na angielskim uczyłam się rozumienia…. Chińczyków. Wymawiają koszmarnie! Ledwo można ich zrozumieć. Czasami sam lektor musiał czynić duży wysiłek… Chodziłam jednak dalej, bo dla mnie było to niesamowite przeżycie międzykulturowe. Uważam ich poza tym za bardzo, ale to bardzo sympatycznych. Kiedy 15 lat temu byłam na stypendium rządu francuskiego dla nauczycieli francuskiego z całego świata w Montpellier, byli też tam profesorowie z Chin. Pamiętam jak prowadzący wyrzucali mnie z niektórych zajęć mówiąc, że to jest grupa chińska i dla mnie jest to za niski poziom. Ale pamiętam też, jak chinskie profesorki prosiły mnie o wspólne zdjęcie, bo szczerze przyznawały, że chcą pokazać swoim studentom jak piękne są tu kobiety 🙂 Mija 15 lat, a na zajęciach w Princeton Library kursantka z Chin prawi mi komplementy jaka to ze mnie piękne kobieta, te jasne włosy..niebieskie oczy.. no! Dobrze, że chociaż zawsze mogę choć na Chińczyków liczyć! Kamień z serca, że jest miejsce na świecie, gdzie możesz zawsze uchodzić za piękność -:)
  • Ludzie „z ulicy”. Rozbrajająco kontaktowi, uśmiechający się, zagadujący, troskliwi. I teraz już nikt mi nie wmówi, że to jest tylko powierzchowne. Jeśli gdziekolwiek, gdzie się nie pojawiam, jestem witana uśmiechem i dobrym slowem, a sławetne „How are you today?” w towarzystwie uśmiechu od ucha do ucha słyszysz wszędzie, to jest to tak jak słońce – bardzo to energetyzuje. W sklepie czy w parku, ludzie się do siebie uśmiechają na sam widok! To tak, jakby cieszyli się, że cię spotkali na swojej drodze.. Pozytywne podejście do życia widać tu na każdym kroku i teraz empirycznie mam sprawdzone to, czego uczyłam na szkoleniach.

6. Inny wymiar. Dzisiaj spotkałam się z opinią, że wygląda na to, że przeżywam swoją drugą młodość 🙂 🙂 Można tak powiedzieć, można tak porównać. osobiście porównuję ten stan do stanu zakochania się i bezkrytycznego patrzenia na wybranka. Nie martwcie się o mnie! Ślubu z tym krajem nie planuję, chcę mieszkać w Europie i tego się trzymam. Krótko mówiąc nadmiar endorfin to też wysoki poziom stresu. Żyję w nadmiarze endorfin 🙂 nie wiem ile jeszcze tak pociagnę, ale łatwo przewidzieć, że powoli wszystko zacznie mi tu powszednieć, a wtedy będę pisac posty w stylu krytycznym i częsciej organizować travel coachingi w Europie 🙂

CDN…. Następny post będzie kontynuacją tego. Chciałabym w nim napisać o trudnych momentach tutaj..też takie bywają! Dawajcie mi znać o czym chcielibyście przeczytać 🙂

Beata

(na rynek amerykański miała być Beatrice, ale jednak postanowiłam ich przyuczyć i wiem, że zdolni są!)

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s