W wirze przeprowadzki

Dobra wiadomość o tym, że jest wszystko podpisane i możemy przygotowywać się do relokacji przyszła w Wielki Piątek przed Wielkanocą. Czy nie jest to coś symbolicznego? Ktoś umiera by mógł żyć dalej… Choć daleko mi do metafizycznych wymiarów jednak lubię pewne skojarzenia sytuacyjne. Tak jak wspominałam w poprzednim poście potrzebowałam tej śmierci by żyć dalej zupełnie w innym świecie.

No to zaczęło się dziać. Czas Wielkanocny o niczym innym nie rozmawialiśmy, byliśmy bardzo szczęśliwi i podekscytowani. Z drugiej zastanawiałam się, czy mam zachowywać umiar w swoim entuzjaźmie ze względu na niektórych członków rodziny przeciwnych naszemu wyjazdowi, ale stwierdziłam, że nie. Byłam szczęśliwa i nie widziałam powodu by to szczęście tłumić. Z drugiej strony nie wymagałam od innych by cieszyli się ze mną, bo bo byli smutni i też tego nie tłumili specjalnie dla mnie. I to jest ok. Każdy ma prawo do swoich emocji i przeżywania ich tak, jak jest mu wygodnie.

W związku ze moimi planami dotyczącymi certyfikacji clean coaching oraz maturą syna wiedziałam, że nie mogę wyjechać wcześniej niż w połowie lipca co dawało mi czas około 3 i pół miesiąca na ogarnięcie i przeniesienie życia z „tu” do „tu”. Mąż wiedział, że będzie musiał wyjechać na początku czerwca, czyli ja z kolei wiedziałam, że zostaną mi same „najlepsze kąski” do sfinalizowania.

Pierwsze, co zrobiłam, to założyłam zeszyt rzeczy do załatwienia, w którym były różne kategorie spraw: administracyjne, domowe, zawodowe, towarzysko-rodzinne etc. Każda z dużych kategorii była jeszcze podzielona. Na przykład w domowych miałam kategorię „książki” (około 1000 sztuk na stanie), którą podzieliłam na: 1) do zabrania 2) do wypożyczenia 3) do oddania 4) do sprzedania 5) do wyrzucenia. Tak samo w kategorii „ciuchy” (oprócz wypożyczenia). W kategorii towarzysko-rodzinne znalazły się spotkania tzw. pożegnalne dla różnych grup ludzi. Na największej imprezie pożegnalnej w naszym ogrodzie stawiło się około 50 osób. Wcześniej zamówiłam catering w pełną obsługą, bo przecież wolałam skupić się na konwersacji z ludźmi, a nie na obsłudze ich. To był chyba pierwszy raz, kiedy zamówiliśmy obsługę bo wszystkie wcześniejsze spotkania obsługiwaliśmy sami. A nasz dom był zawsze pełen gości i kochaliśmy to! Co nie wykluczało jednocześnie moich upodobań do bycia zapraszaną, a już w końcowym okresie przed wyjazdem bardzo tego potrzebowałam! Potrzebowałam by ktoś mnie zaprosił i nakarmił 🙂 i tu ukłony do ukochanych E i M 🙂

Powracając do tzw. pożegnań nagle okazało się, że ogromna ilość znajomych chce się jeszcze ze mną koniecznie spotkać przed wyjazdem i to koniecznie! Co najmniej jakbym wybierała się na inny świat! Było to bardzo miłe i rzeczywiście czułam, że jest to ważne dla mnie. Spotkałam się ze wszystkimi lub prawie prawie, których uwielbiam i są mi bliscy. Którzy i tak wiem, że zostaną w moim życiu na zawsze. Przy okazji spotkań byłam obdarowywana róźnymi prezentami: książki, ramki, biżuteria, prezenty sentymentalne, zdjęcia, obrazy, a nawet piękne pożegnalne teksty. Bardzo bardzo bardzo miłe! To były prezenty dla mnie. Jeśli chodzi o prezenty dla „nas” to byliśmy obdarowywani głównie prezentami „patriotyczno-sentymentalnymi” np. woreczek ziemi z naszej ulicy (prezent od sąsiadów), fotoalbum ze zdjęciami z różnych naszych sąsiedzkich spotkań (od tychże również), album o znanych Polakach, magnesy z Warszawą, obraz – pastele przedstawiające stare Miasto w Warszawie itd.itp.

Początkowo spotykałam się ze wszystkimi, którzy chcieli się spotkać, oj naspotykałam! Dopiero kiedy zorientowałam się, że są sprawy po prostu technicznie niezbędne, zaczęłam niestety odmawiać, a dotyczyło to głównie ludzi, z którymi do tej pory kontakt był po prostu rzadki. Brutalnie należało tak zrobić.

Logistycznie dużo czasu zabrała też sama przeprowadzka czyli wysłanie rzeczy do US. Pozornie nie miałam dużo roboty bo pakowanie do kartonów należało do firmy przeprowadzkowej. Ale tylko pozornie. De facto mieliśmy 2 transporty: lotniczy na 450kg a reszta domu transport morski przewidziany na ok. 5 tygodni. Należało się po prostu zastanowić bez czego możemy tu na miejscu w nowym domu przeżyć przez około 3 tygodnie. Nie było to aż tak trudne. Natomiast cała papierologia to był dramat. Dostałam tonę papierów do wypełnienia (osobno lotniczy osobno morski) gdzie musiałam zaznaczyć co zabieram, jaka jest tego ilość i jaka jest tego wartość na rynku amerykańskim. Na przykład ile zabieram par skarpetek i ile jedna para jest warta i jaka jest cena w Us tego kosza na śmieci który zabieram… To mnie wykańczało. Pewnie są na świecie ludzie, którzy lubują się w tabelkach excelowskich, ja do nich nie należę! I dlatego też nie będę rozpisywać się o papierologicznych innych aspektach do załatwienia przed relokacją bo zaraz stracę humor 😉

W międzyczasie odbyliśmy z mężem przysługującą nam tzw. familiarisation trip czyli wizytę poznawczo-krajoznawczą z nowym miejscem czyli New Jersey, okolicami Princeton. Słowem pojechałam na randkę w ciemno by przekonać się co los mi zgotował. Głównym celem jednakże tego tygodniowego pobytu było znalezienie lokum. Niestety okazało się, że sprawa nie jest całkiem prosta. Z kilku powodów: mała ilość właścicieli godzi się na obecność zwierząt (średnio co 4) co bardzo zawężało nam możliwości znalezienia czegoś fajnego. Agenci początkowo pokazowali nam rudery, w których absolutnie nie mogłabym mieszkać. Oczywiście nie nastawiałam się na dom podobny do tego w którym do tej pory mieszkaliśmy, ale ważne było by był jasny, w miarę nowy, z dodatkową sypialnią dla gości, usytuowany w ładnych okolicach, z miłym międzynarodowym sąsiedztwem (co było na poczatku trudne bo wozili nas po jakiś chinatown’ach i o mało nie posądzili o nietolerancję kiedy zapytałam czy oby nie mieszkają tu sami Chinczycy..) Dom jest dla mnie bardzo ważny. To podstawa. To nie hotel na 3 dni, muszę czuć się w nim dobrze, by móc zachować na co dzień mój wysoki poziom energii. Lubię mieć czyste i jasne wnętrzna. To mnie oświetla od środka. Podczas tego tygodnia dom został odnaleziony, po prostu stał i czekał na mnie. Z perspektywy 2 miesiecy wiem, że to dobry wybór 🙂 o New Jersey, które też mi się bardzo podoba bedzie osobny post.

Kiedy nadszedł dzień pakowania lotniczego, odbyło się to bardzo sprawnie w pół dnia. Pakowanie rzeczy na statek trwało 2 pełne dni. Dobrze, że był to czas Mistrzostw Europy w piłce nożnej i wtedy grała Polska, to panowie byli bardziej zmotywowani. Pojechały 3 duże ciężarówki rzeczy. A wydawało się, że nie zabieramy dużo, bo większość szaf i mebli w domu mieliśmy wbudowanych na stałe. Ludzie czasami pytali się po co zabieram cały dom a dla mnie jest to rzecz prosta: wiedziałam, że prawdopodobnie wyjeżdzam nie na rok czy dwa i że po US byc może będzie inny kraj. Mając wszędzie swoje rzeczy będę się bardziej czuła w swoim domu a nie w hotelu. Potrzebuję mieć tu swoje rzeczy i je zabierać. Bo moje rzeczy to moja energia! Moja POZYTYWNA ENERGIA!

Kiedy pojechały ciężarówki i dom został dosłownie pusty to zrobiło się…dosłownie pusto! Czy wyobrażacie sobie salon bez kanapy a tylko z leżakami i małym ikeowskim stoliczkiem? Czy wyobrażacie sobie że w jadalni nie było już stołu ani krzeseł? A sypialnię bez łóżka a tylko z materacem? Wyobrażacie sobie jeść na kolanie przez 3 tygodnie? I dlatego tak pragnęłam by mnie ktoś zaprosił i posadził na jedzenie przy stole! Tak więc przez 3 tygodnie mój ukochany piekny dom szeptał do mnie „nie lubię cię już.. jedź już sobie…nic już tu dla ciebie nie mam 😉 ” I to wlasnie ten czas okazał się dla mnie dosyć trudny i nawet płaczliwy ale nie ze smutku tylko pozytywnych wzruszeń związanych z ludźmi.

Bardzo dużo pomogli mi w tym czasie moi rodzice. Przyjechali ze Szczecina i siedzieli przez prawie 3 miesiące aż do naszego odjazdu. Codziennie naprawdę codziennie były rzeczy do ogarniania. Jeden dzień leciał za drugim jak szalony. Wszyscy byliśmy naprawdę bardzo zmęczeni. Pierwszy raz w życiu lustro mówiło mi, że brzydko wyglądam 😉 Taki czas i dałam sobie na to przyzwolenie.

Warto wspomnieć, że przed wyjazdem mieliśmy zapewnione przez firmę szkolenie międzykulturowe. Prowadziła je trenerka z doświadczeniem w relokacji ekspatów ale też mieliśmy telekonferencje na skypie z tzw. lokalesami tj. 2 Amerykankami stąd, które przekazały nam wiele praktycznych uwag. Co było ciekawe, że czasami zaprzeczały sobie wzajemnie odnośnie różnych tematów bo miały inne punkty widzenia. Nie przeszkadzało mi to, moim celem nie było dowiedzenie się „Jak JEST w US” bo na to pytanie nie można odpowiedzieć obiektywnie. Jak będę w następnych postach opowiadać o życiu tu, to pamiętajcie, że będzie to odpowiedź na pytanie „Jak Beacie tu jest, jakie jest JEJ życie w US”.  Największą wartością dla mnie jednakże było odpowiedzenie sobie na pytanie co będę uważała za swój sukces w momencie już kiedyś wyjazdu z US. Powiedziałam, że zawodowo to fakt, że będę miała tu swoich klientów a prywatnie kiedy będziemy cali, zdrowi i szczęśliwi, RAZEM (w sensie bardziej emocjonalnym, bo syn wyjeżdża już za rok).

Ważną rolę w okresie od Wielkanocy do połowy lipca odegrał u mnie proces clean coachingowy. 3 moduły odbywałam w Paryżu, i podczas jednego ćwiczenia metodą clean space, doświadczałam sesji na sobie. Moim facylitatorem był kolega z grupy a celem na sesję było zastanowić się nad moimi aktywnościami zawodowymi w US. Niespodziewanie rezultatem i najwiekszą wartością, jaką mogłam wtedy otrzymać, była kompletna zmiana perspektywy. Z głębi mojej duszy przyszedł głos taki oto: „Beata, zobacz naokoło tu i teraz. Zobacz co się dzieje tu. Zostań tu jeszcze przez chwilę…” I zostałam. Wróciłam z Paryża i byłam sercem i duszą w Warszawie, byłam obecna. Po prostu. Do końca, do 14 lipca, do dnia wyjazdu.

Dzień wcześniej pożegnałam się z ukochanymi rodzicami, odwiozłam ich na dworzec i wrócili do Szczecina. I jak się domyślacie był to jeden z trudniejszych momentów… Pocieszałam się, że są na tyle zmęczeni, że sami pragną już odpocząć, ale wiem, że dla nich to też było trudne. (wiem, że to czytacie, KOCHAM WAS 🙂

I przyszło zburzenie Bastylii czyli 14 lipca (data jak się domyślacie nieprzypadkowa 😉 kiedy zburzyłam dotychczasowy porządek i wyjechałam. Na lotnisko pojechaliśmy taksówką, a na lotnisku pożegnała mnie moja bliska przyjaciółka. Wyjechalismy we czwórkę: Kuba – syn, ja, pies i 13 letni kot. Bilet w jedną stronę pierwszy raz w życiu… Po 5 tygodniach rozłąki w końcu mieliśmy się spotkać wszyscy razem jako pełna rodzina!

 

CDN… już w US 🙂

P.S. Dziekuję, że czytasz.. podziel się ze mną chocby jednym zdaniem refleksji 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Reklamy