Z perspektywy ławeczki.

Dawno dawno temu i teraz…

W tej chwili siedzę sobie na ławce w ogrodach Princeton University. Od momentu przyjazdu do New Jersey mija dokładnie miesiąc. Dużo to czy mało – na ten moment nie wiem ale na tyle dużo, by mieć materiał na kilka stron blogu. Czuję jednakże potrzebę i wartość wynikającą z opowiedzenia co działo się zanim usiadłam dzisiaj na tej ławce, bo etap przygotowywania się fizycznie i mentalnie do wyjazdu z Polski był bardzo ważny i niezaprzeczalnie stanowi nierozerwalną część całości.

Dla niewtajemniczonych jedynie kilka ważnych doprecyzowań dla lepszego zrozumienia.

Jestem tu, bo mój mąż dostał w USA możliwość rozwoju swoich kompetencji zawodowych w ramach tej samej firmy. Według definicji PWN: ekspat, expat środ. «wysokiej klasy specjalista, który opuścił ojczyznę, aby pracować za granicą». Jest więc ekspatem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można też powiedzieć, że tak naprawdę mój status to „żona ekspata”. To tak po definicji i tak oficjalnie. Słowem nie ma dla mnie definicji, choć można powiedzieć, że jestem ekspatką z wyboru i sama siebie przeniosłam w taki stan już dawno temu. Nieoficjalnie najbliższym znajomym od dawna było wiadomo, że gotowa byłam do wyjazdu bardzo długo wcześniej, niż mój mąż dostał ową propozycję i na długo wcześniej zanim sam był gotowy na taki krok. Odkąd pamiętam marzyłam o wyjeździe z Polski, by doświadczyć czegoś zupełnie nowego, skorzystać z innych, nowych możliwości, rozwinąć się międzykulturowo. Pasję do podróżowania i odkrywania nowych lądów zaszczepił u mnie tata – marynarz.

Przez wiele lat w związku z brakiem możliwości wyjazdu na stałe rekompensowałam sobie to w formie częstych prywatnych i zawodowych wyjazdów zagranicznych. I to bardzo długo wystarczało, niemniej moja energia w Polsce zaczęła się już powoli wyczerpywać. Doszłam do punktu swoistego wypalenia naszą ojczyzną. I to trzeba sobie szczerze powiedzieć. Miałam poczucie, że kręcę się w kółko i zawodowo i prywatnie, że ciągle doświadczam tych samych rzeczy i że siedząc w Polsce nieczego więcej nie osiągnę. Pomimo całej swojej radości życia i optymizmu coraz częściej pojawiał mi się obrazek JA U KRESU ŻYCIA z pytaniem „Czego najbardziej żałujesz?”. Przerażała mnie moja odpowiedź: „Żałuję, że nigdy nie wyjechałam zamieszkać poza Polskę i nie mogłam doświadczyć życia w innym zakątku tego globu”. Przerażające też było dla mnie, że niewiele z tym mogłam zrobić oprócz wiary że to przyjdzie i wiary w fizykę kwantową: jakie myśli wysyłasz w świat – to do ciebie wraca. I wróciło! Cokolwiek myślisz o fizyce kwantowej, wiara w nią naprawdę przydaje mi się w sytuacjach, które w małym stopniu zależą ode mnie.

Zaczęło pukać bardzo powoli około 3 lata temu (2013r) a na dobre otworzyło mi drzwi tuż przed Wielkanocą 2016 r. Chyba nawet symbolicznie: umiera coś – rodzi się coś nowego.

Natomiast zanim to wszystko stało się oficjalne i mogłam się tą radością dzielić, był taki ciekawy czas w naszym rodzinnym życiu, kiedy zaczął się etap zabiegania o ten wyjazd, ale bez żadnej pewności efektu końcowego. Z jednej strony szanse bardzo duże, z drugiej zero pewności. To powodowało, że przez parę miesięcy czułam jakbym dryfowała po oceanie bez konkretnie obranego portu i nawet nie wiedziała dokąd chcę przypłynąć. Na statku nie było kapitana i nawet paradoksalnie nie mogło być. Tak więc pozornie robiłam swoje, choć gdzieś w spokojności duszy już czułam szybko nadchodzącą zmianę.

Podejmowałam różne działania głównie na polu zawodowym, ale z pewną ostrożnością, by nie zaczynać projektów, których nie mogłabym ukończyć. Czasami łapałam się na tym, że nie rozpoczynałam czegoś by później nie żałować, że coś zostawiam, a to bardzo kocham. Jedynym wyjątkiem może był udział w rekrutacji na pozycję trenera w znanej szkole trenerów. Dostałam się do ścisłego grona finałowego i szczęśliwie nie zostałam przyjęta! Teraz pozwalam sobie na komfort powiedzenia „szczęśliwie” bo na tamten moment była to dla mnie duża przykrość.

Pozwalałam sobie również na niepodejmowanie działań z premedytacją i rozpoczynania nowych projektów, choć to przyznaję było ryzykowne i nie czułam się z tym komfortowo… Słowem nikomu nie polecam!

Były też działania z kategorii „Mogę to zrobić bo niezależnie od wyjazdu może mi się tu przydać”. Mówię tu na przykład o zapisaniu się na konwersacje do Academy of New York, gdzie uczą tylko rodowici Amerykanie. (o perypetiach językowych będzie osobny post). Mówię tu też o ukończeniu szkolenia na facylitatora clean coaching i zdobycia nowych możliwości zawodowych.

Zanim mąż podpisał kontrakt zaczęliśmy też cichutko o tym wspominać naszej rodzinie i najbliższym znajomym. U niektórych pojawił się efekt wyparcia i do końca nie byli w stanie uwierzyć. Niektórzy pukali się w czoło pokazując na nasz piękny, duży dom z ogrodem na warszawskiej Białołęce który rzekomo „zostawiamy”. Cierpliwie wyjaśniałam, że moim sensem życia nie są postawione mury, i że nie dostałam dożywotniego wyroku przebywania w tych murach jak w więzieniu. Sensem mojego życia jest doświadczanie życia w całej jego okazałości, smakowania, poznawania, zachwycania się, odkrywania czegoś nowego, ale też inspirowania do tego. Kiedy zbliżę się do kresu życia chcę wysłuchać po raz ostatni piosenki Edith Piaf „Rien de rien, je ne regrette rien” (Nieczego nie żałuję) i tak jak w cudownej scenie z filmu Edith na słowa tej piosenki zaproponowane jej przez kompozytora wykrzyknęła: „C’est moi!!! C’est moi!!!” (To ja! To ja!) tak samo zareagować. Powracając do reakcji bliskich znajomych i rodziny, na szczęście byli też ci, którzy szczerze nam gratulowali „odwagi” i twierdzili że sami by tak chcieli. (Słowo „odwaga” ujęłam w cudzysłowie ponieważ chciałabym jednak podkreślić, że to była ich definicja. Moja definicja odwagi jest zupełnie inna. Bo czyż wyjechanie gdzieś w celu realizacji swoich marzeń jednocześnie nie obawiając się czy znajdę pracę czy nie pogorszy się mój status materialny, jadąc „na gotowe” bo wszystko zawarte jest w kontrakcie ekspackim – można nazwać odwagą?)

Byli też tacy, którzy życzyli szczęścia i wiedziałam, że mnie wspierają, ale smutno im było po prostu ze świadomością bycia fizycznie daleko. Mi też było smutno, ale szybko przykrywałam to uczucie świadomością potęgi internetu i bezpłatnych połączeń telefonicznych a także wiedząc, że wcześniej czy później zobaczymy się czy tu czy tam.

Jedne, drugie i trzecie reakcje były potrzebne i zawsze mówią mi wiele o ludziach, którzy je pokazują i dzielą się nimi. Oczywiście wiadomo, że idealnie byłoby mieć samych wspierających ludzi wokół ale nie wszyscy są właśnie tacy. Są tacy, którzy modląc się w kościele o to, by ci się nie udało wyjechać nie są w stanie unieść się ponad swoje egoistyczne myślenie, by zaspokoić swoje ego. Czasami potrzeba głębokiego zrozumienia drugiego człowieka by dowiedzieć się co tak naprawdę kryje się za tak nieprzychylnymi intencjami. Z drugiej strony żartowałam sobie i zadawałam pytanie czy to oznacza, że ci, którzy się cieszyli – mieli mnie po prostu już dosyć? Hmm.. J Jedno na pewno dzisiaj wiem: warto żyć w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami z poszanowaniem siebie i najbliższych.

Tak więc wspomniany czas „między-między” był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem w życiu. Były sytuacje, że zanim coś nowego kupiłam, zastanawiałam się, czy to mi się przyda w US. Zaoszczędziłam dużo pieniędzy! 😉 Było dużo myślenia o tym, planowania jak to wszystko zorganizować jednocześnie niemożności działania bo nie było to pewne. Dziwne uczucie i to bardzo. W tamtym momencie pomogły mi bardzo szkolenia z clean coachingu i sesje, które odbywałam w ramach doświadczania clean jako klientka. Pomogła mi duża samoświadomość siebie, mój wysoki etap rozwoju osobistego, moja niezależność i optymizm. Pomogła mi też świadomość tego, że najważniejsze wartości w życiu są we mnie i obok mnie. Znam je i kieruję się nimi. Wiem też, że najukochańsi ludzie zawsze będą blisko i że bliskość nie polega na mieszkaniu obok siebie. Prawdziwa bliskość to nieustanny kontakt ze sobą różnymi dostępnymi metodami.

Jednocześnie z tej perspektywy ławeczki w ogrodach Princeton wiem, że gdyby etap „między-między” nie zakończył się etapem „mamy to!” byłoby to dla mnie ogromnym rozczarowaniem! Niemniej nie ma się nad czym zastanawiać. Jestem tu, oddycham tym powietrzem i zachwycam się! 🙂

Serdeczności!

Beata

P.S. Dziękuję, że czytasz mój blog, potrzebuję od ciebie komentarzy i wsparcia. Możesz napisać też, jaka tematyka w związku z moim życiem ekspackim by cię interesowała. Dziękuję!

http://www.beatamarciniak.pl

beata.marciniak@Ymail.comIMG_4544

 

Reklamy

O czym będzie, a o czym nie będzie?


Po wielu, wielu latach spełniam jedno z największych marzeń w swoim życiu o zamieszkaniu przez pewien czas poza ojczystym krajem. Zamierzam dokumentować rzeczy, których w związku z tym doświadczam z kilku powodów:

  • po pierwsze – dla znajomych, którzy chcą wiedzieć co u mnie (u nas),
  • po drugie – dla nieznajomych, którzy znajdą się w podobnej sytuacji i dla których być może będzie to jakaś baza wiedzy i doświadczeń, z których można czerpać,
  • po trzecie dla siebie prywatnie i zawodowo, bo doświadczenie to otwiera mi pewne nowe możliwości.

O czym będzie i czego można się spodziewać a czego na pewno nie?

Przede wszystkim na samym początku zastrzegam sobie, iż będzie to przede wszystkim tylko i wyłącznie moje osobiste zdanie na rzeczywistość, która wokół mnie i w środku mnie. Będę to bardzo podkreślać. Oznacza to, że będę unikać sformułowań typu: „W Ameryce jest tak i tak, a wszyscy Amerykanie są tacy i tacy”. Czytając moje wpisy pamiętajcie, że koncentruję się głównie na „swoim podwórku”. Nie biorę odpowiedzialności za daleko posunięte interpretacje i nie będę przekazywała „prawd objawionych”z których wszyscy mogą skorzystać.  W zamian przeczytacie o tym, co mnie ucieszyło, zaskoczyło, zachwyciło, zasmuciło, rozśmieszyło… Nie będę udzielać rad..no chyba, że rzeczywiście będzie to uzasadnione 😉 Mało będzie wiadomości encyklopedycznych, które każdy może sobie odnaleźć w internecie, dużo właściwych dla mnie przemyśleń i podejścia subiektywnego.

Czego od Was potrzebuję?

Komentarzy, pytań, sugestii, propozycji tematów… Reakcji!!!

Już teraz za to dziękuję!

BeataIMG_4170