Pożegnanie Wojtusia :(

thumb_IMG_9360_1024

Chcę i uważam za swoją misję opisanie moich emocji towarzyszących chyba najtrudniejszym dniom mojego dotychczasowego ekspackiego życia. Było to kilka dni temu pożegnanie naszego 14-letniego kota Wojtka.

Wojtuś przyleciał z nami w lipcu 2016 roku do US. Podróż w luku bagażowym zniósł bardzo dzielnie. Od początku zauważyliśmy jakoby bardzo szybko się zaadoptował w nowym domu, mówiliśmy, że przeżywa „drugą młodość”. Mądry, piękny kot. Egzotyk, pers. Ulubieniec absolutnie wszystkich. Nasza gaduła, bo odpowiadał zawsze miauknięciem na wszelkie nasze słowa do niego adresowane. Z powodu wyglądu swojej mordki wywoływał uśmiech na twarzy i pozytywne emocje.

W maju tego roku zauważyłam, że jakby troszkę schudł. Poszłam z nim na gruntowne badania, które trwały pół dnia. Weterynarz stwierdziła ze wszystko jest w normie i odesłała nas do domu tylko przepisując nową, specjalistyczną karmę.

Pod koniec lipca pojechałam do Polski, wróciłam 22 sierpnia. Wszystko jeszcze było w porządku. W niedzielę wieczorem 27-go sierpnia zaczęło mi się wydawać, że przestał jeść. W poniedziałek już byłam pewna, że nie je… Zapisałam go na wizytę do naszej kliniki weterynaryjnej w Princeton. Była środa. Po przebadaniu okazało się, że ma niewydolność nerek. Stan ciężki. Zadzwoniłam do męża (który przebywał wtedy w Barcelonie i miał wrócić nazajutrz) z tą wiadomością. W głowie na tym etapie miałam jeszcze tylko pytanie „Jak wyleczyć Wojtka i gdzie?”. Poprosiłam doktor by jeszcze raz wszystko objaśniła męzowi przez telefon bo może jednak ja czegoś może nie zrozumiałam z języka medycznego. Wtedy jak rozmawiała z mężem usłyszałam to okropne słowo EUTANASIA… Wzięłam słuchawkę do ucha… Piotr płakał…. zapytał czy potrzebuję kilku minut na podjęcie decyzji czy go leczymy dalej czy usypiamy…. Odpowiedziałam, że te kilka minut mi nic absolutnie nie da. Powiedziałam lekarce, że chcę teraz pojechać do szpitala dowiedzieć się na miejscu i skonsultować stan Wojtusia z innym lekarzem. Pojechałam oczywiście cała zaryczana.

Lekarka w szpitalu NORTHSTAR VET w Robinsville NJ, na spokojnie wszystko mi wyjaśniła. Potwierdziła, że stan Wojtka jest bardzo ciężki i że jest mu potrzebna hospitalizacja. Potwierdziła, że w obecnym stanie mamy 2 opcje: pobyt w szpitalu około 4 dni bez gwarancji wyleczenia (koszt między $1800 a $3500) lub eutanazja…  Spytałam, czy jest możliwość podania kotu środków przeciwbólowych i poprawienie mu komfortu przez noc do momentu podjęcia decyzji. Wcześniej ustaliliśmy z Piotrem, że po jego przylocie pojedziemy z Wojtkiem natychmiast do szpitala i podejmiemy decyzję (Piotr wracał z Barcelony nazajutrz ok 13.30).

Zabrałam Wojtusia do domu na tę noc. W nocy przyszedł jeszcze do mnie i wskoczył na łóżko ok. 2h. Zaczęłam z nim rozmawiać tak przez łzy… On mi odpowiadał.. Tak jak zawsze on… Zasnął na łóżku, a ja potem zaczęłam czytać w necie różnego typu artykuły, między innymi o usypianiu zwierząt. O doświadczeniach innych i o tym, jak to wygląda. Przeczytałam dużo. Naprawdę bardzo mi to pomogło, a najbardziej takie zdania: „Kochać zwierzę, to też nie pozwolić mu cierpieć”, „Lepiej podjąć decyzję wcześnie, niż o godzinę za późno..”, „Oceń dobrze czy nadszedł już ten ostatni rozdział życia twojego zwierzaka”. Wybrzmiewało mi od tej pory tylko „Nie pozwól mu cierpieć”.  Kiedy widziałam w nocy Wojtka jeszcze skaczącego na łóżko byłam pewna, że odzyskał trochę siły i poczekamy na Piotra. Kiedy jednak obudziłam się rano i spojrzałam na jego brak siły i ogólną formę, podjęłam decyzję właściwie w jednej sekundzie. Zaczęłam myśleć kategoriami zabezpieczenia komfortu ostatnich chwil mojego zwierzęcia a NIE zabezpieczeniu swoich emocji i strachu przez podjęciem decyzji, byciem kompletnie samą w domu w tej sytuacji etc. Przez chwilę myślałam czy Piotr nie będzie na mnie zły, że nie dałam mu możliwości zobaczenia Wojtka po raz ostatni… ale były to tylko chwile tego typu wątpliwości. Patrzyłam na Wojtusia i wiedziałam już, że on na mnie liczy. Że nie chce już cierpieć… To było okropnie trudne… Okropnie trudne było zadzwonienie do syna (przebywającego w Warszawie) i oznajmienie mu tej decyzji… Trudne, bo to był zawsze przede wszystkim jego ulubieniec, to on wybrał dla niego imię i to dla niego był Królem. Syn zrozumiał, przyjął to nawet ze spokojem. Mnie to też po części uspokoiło.   Okropnie trudne było też podjęcie decyzji w której minucie mam go włożyć w transporterek i wyruszyć w drogę do szpitala… Patrzyłam, by dał mi jakiś znak. A on jeszcze wyszedł taki słaby na ogródek i położył się na trawie.. dałam mu tę chwilę, weszłam do domu.. Wróciłam za chwilę, on już leżał słabiutki w innym miejscu i wtedy go wzięłam na ręce.

Weszłam do szpitala oczywiście cała we łzach.. to już był 3 dzień ryczenia. Powiedziałam, że byłam wczoraj i wracam z decyzją o eutanazji. Kiedy to słowo przechodziło przez moje gardło pogarszało tylko mój ogólny stan ryczenia. Płakałam głębiej i mocniej. Recepcjonistka z empatią powiedziała „That’s OK!!”. Wszystko to, co działo się póżniej było tylko potwierdzeniem najwyższej empatii i profesjonalizmu podejścia do zwierzęcia i jego właściciela. Recepcjonistka zaprowadziła mnie i Wojtka do tzw. family room – przytulnego pokoiku z miękkimi sofami. Za chwilę przyszła pani doktor… zapytała czy to Woytek… na to pytanie oczywiście znowu się rozpłakałam… podeszła do mnie, złapała mnie za rękę, powiedziała coś do Wojtusia a potem do mnie następujące zdanie: „Czyli POMOŻEMY dzisiaj Wojtkowi odejść.. tak?”. Potem zapytała czy chcę być przy ostatnim zastrzyku.. Nie wiedziałam.. Zaproponowała, że wszystko mi opowie jak to wygląda, bo prawdopodobnie pomoże mi to podjąć decyzję. Mówiła, że to trwa naprawdę kilkanaście sekund, że zwierzę nie cierpi i potem wygląda, jakby spało… Pomogło. Postanowiłam być z Wojtusiem do końca. Następnie zabrała go do innego gabinetu. W międzyczasie przyszła młoda dziewczyna z obsługi, by zapytać co robimy z ciałem.. Zdecydowałam się na prywatne skremowanie i przysłanie mi do domu prochów Wojtka. Zaproponowała, że przyjmie teraz ode mnie płatność za wszystko, żebym potem już mogła tylko spokojnie wyjść… i pokazała mi EXIT z tego saloniku „kiedy już będzie po wszystkim…”. Taki niesamowity szczegół w tej całej sytuacji… EXIT z tego pokoju wychodził bezpośrednio na parking! Zadbali o to, by człowiek, który dopiero co stracił zwierzaka nie musiał przechodzić z powrotem przez recepcję, między innych pacjentów, innych ludzi….

Potem ktoś jeszcze przyszedł i przyniósł mi kopertę „For you and your family”.. W środku był list od Pet Loss Support, takiego wsparcia dla ludzi tracących zwierzęta, z propozycją spotkania w razie zapotrzebowania. Była też broszurka wyjaśniająca wszelkie stadia całego procesu choroby i utraty zwierzęcia, wyjaśnienie wszelkich możliwych reakcji temu towarzyszących, usprawiedliwienie ich… pomoc w ich zaakceptowaniu i przeżyciu… Inna broszurka wyjaśniająca jak sobie pomóc w żałobie i jak bardzo jest ważne, aby nie zaprzeczać własnym emocjom. Jeśli odczuwam ból, to NIE zaprzeczać temu. Dać bólowi przepłynąć. Zmierzyć się z nim.

Póżniej przyszedł inny pracownik i przyniósł mi Wojtka owiniętego całkowicie w kocyk. Wystawała mu tylko główka.. Powiedział, że mogę z nim posiedzieć ile tylko chcę w tym pokoju (ciągle tym samym, nigdzie przez ten czas nie musiałam się ruszać z sofy), a kiedy będę gotowa, wystarczy tylko podnieść słuchawkę od takiego domofonu i wcisnąć zero. Nie muszę nic mówić, pani doktor będzie wtedy wiedziała, że ma przyjść.

Trzymałam tak więc w ramionach Wojtusia naszego i tak sobie rozmawialiśmy. Podziękowałam mu za wszystko, co wniósł do naszego życia… Rozmawiał ze mną do samego końca, już taki słabiutki… I znowu nie wiedziałam kiedy podjąć decyzję o podniesieniu słuchawki… 😦 Patrzyłam ciągle na zegarek, w końcu postanowiłam, że to ten moment… Przyszła Pani doktor… Jeszcze raz podziękowała mi cichym, empatycznym głosem, jak bardzo docenia to, że potrafiłam ocenić w jakim Wojtek jest stanie.. Nie muszę dodawać, że mi łzy nie przestawały lecieć… ona mnie trzymała za rękę. Mimo, że byłam sama, to nie byłam sama…  I wtedy odkryła kocyk, Wojtek jeszcze zdążył wstać, a ona podała mu pierwszy zastrzyk usypiający. Wojtuś zasnął z wyciągniętymi tak łapkami. A potem wytłumaczyła, że za chwilę poda ostateczny zastrzyk zatrzymujący akcję serca.. Serduszko Wojtusia natychmiast się zatrzymało… Odszedł na tęczową polanę w spokoju, w moich ramionach i bliskości. Przestał cierpieć. Znowu moje łzy i szlochy się nasiliły… Pani doktor spojrzała na Wojtka i jeszcze raz powiedziała, jaki to piękny kot… i zapytała, czy ma go zabrać czy jeszcze chcę z nim posiedzieć… Chciałam, by go zabrała. Ona go podniosła, i odwróciła do mnie, a ja pocałowałam go w główkę i powiedziałam Pa pa Wojtuniu… Już się nie odezwał, ale tak, jakbym słyszała na końcu jego „Miau”.

Pojechałam do domu, gdzie czekała na mnie tylko moja yorczka Sibelle (na szczęście jeszcze nam została). Po południu przyjechał Piotr i płakaliśmy razem jeszcze przez 2 dni. Potem opowiadałam to wszystko kilku bliskim osobom i oczywiście płakałam.

Mija kilka dni i myślę sobie, że energia naszego Wojtusia jest ciągle z nami. Był to członek naszej rodziny i nic tego nie zmieni. Jego prochy zostaną postawione w naszym domu i będą się z nami wszędzie przeprowadzać.

Myślę też sobie, jakie miałam szczęście trafić w tym trudnym momencie do niesamowitego szpitala pełnego przecudnie empatycznych ludzi, a nade wszystko pani doktor. Analizując to wszystko widzę, jak każdy gest, każde słowo, każdy element całości tej smutnej procedury był przemyślany, z największym poszanowaniem odchodzącego zwierzęcia i towarzyszącemu mu właściciela. Czułam się w każdej minucie zaopiekowana i zrozumiana. Czułam się bezpiecznie, czułam, że Wojtuś odchodzi z godnością.

Dzisiaj przyszła kartka ręcznie wypisana przez panią doktor usypiająca Wojtusia. Tekst na kartce: „With deep sympathy, in this time of loss and sadness, may your heart be filled with wonderful memories of love” . Dziękujemy Pani Doctor przez duże D. Niezwykła kobieta, niezwykły człowiek. Jutro zrobię to samo: wyślę jej ręcznie wypisaną kartkę z podziękowaniami.

Doświadczenie to było pierwszym tego typu w moim życiu, gdy musiałam podejmować decyzję o uśpieniu mojego zwierzęcia. Teraz wiem z całą pewnością: biorąc małego pieska czy kociaka, jako jego Pani jestem odpowiedzialna za jego komfort życia od malutkiego do samego końca, do ostatniego rozdziału… i teraz wiem, jak niezwykle wielka odpowiedzialność spoczywa na mnie za jego godną śmierć. Wojtuś zasnął godnie. Nie pozwoliłam mu długo cierpieć.

Beata

P.S. Napisałam ten post, bo być może kiedyś te myśli komuś pomogą tak, jak mi pomogło kilka tekstów wyczytanych w internecie.

 

 

 

 

Reklamy

Więzienny Raj

Jamajka to był nasz wspólny wybór, Piotra i mój, a właściwie bardziej mój, bo chciałam zobaczyć i doświadczyć jak to jest na Karaibach. Piotr znalazł super ofertę na Jamajkę, więc z entuzjazmem zarezerwowaliśmy tygodniowy pobyt w świetnym resorcie Sandals. Sandalsy wygrywają we wszelakich rankingach obsługi klienta i teraz już wiem dlaczego. Akurat ten, w którym my byliśmy był jednym z mniejszych, skrojony na miarę przyjeżdżających par celebrujących tu swój miesiąc miodowy lub rocznice ślubu. My celebrowaliśmy po prostu wakacje.

Wyjeżdżałam na te wakacje z gorączką i okropnym samopoczuciem. Czułam się fatalnie! Bezpośredni lot z Filadelfii trwał 3,5 godziny, po czym transfer do hotelu z jamajskiego lotniska około 2 godzin.  Od razu przypomniały mi się obrazki z transferu w Kenii: biedna, bardzo biedna okolica, zaniedbane drogi.

Dotarliśmy do hotelu, pięknie przywitani i zakwaterowani. W międzyczasie mnóstwo ludzi nas pozdrawiało i życzyło nam przyjemnego pobytu. W związku z moim naprawdę fatalnym samopoczuciem, nie byłam w stanie nawet się uśmiechać, a co dopiero wdawać w jakieś kurtuazyjne konwersacje. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy, bo tylko to mi pomagało. Potem wieczorem nie byłam nawet w stanie wyjść na kolację. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak mogę być postrzegana z zewnątrz przez tych przemiłych ludzi, ale naprawdę było mi to obojętne. Nie mogłam nic z tym zrobić bo nie miałam zapasu energii na wydatkowanie na uśmiechy i wydawanie z siebie głosu. Moja energia starczała tylko na oddychanie! Paskudne uczucie! Powiedziałam nawet Piotrowi, że wiem, co ludzie sobie myślą w związku z moją miną, a on tylko potwierdził, że rzeczywiście wyglądałam jak, cytuję „Rozkapryszona żona Hollywood” -:) -:)

Następnego dnia, świadoma zmarnowanego poprzedniego wieczora, niemocy zrobienia czegokolwiek i cieszenia się z wakacji, wstałam o 6 rano i poszłam od razu na spacer. Wydawało się, że jest mi ciut lepiej. Moja wydolność wzrosła o 10% a to już dużo! Ucieszyłam się ze słońca, cudnego koloru wody, białego piaseczku i iście katalogowych widoków. Lubię, jak rzeczywistość nie jest przereklamowana i obkolorowana, a człowiek w zderzeniu z nią nie doznaje szoku niedowierzania, frustracji i rozczarowania.

Jedna rzecz tylko z poprzedniego wieczora utkwiła w mojej pamięci, mianowicie rada naszej kamerdynerki, że najlepiej poruszać się tylko po terenie resortu, wychodzić można tylko na własną odpowiedzialność. I doświadczyłam tego już podczas owego porannego spaceru, kiedy po przejściu 800 metrowej naszej plaży okazało się, że muszę podpisać strażnikowi zgodę na samodzielne opuszczenie naszego hotelu. Podpisałam i poszłam dalej, bo dalej był teren następnego hotelu. Przeszłam następne 800 metrów. Skończył się teren następnego hotelu i nie odważyłam się jednak pójść dalej, zgodnie z ostrzeżeniami. Nie będę przecież zgrywać twardzielki i udawać, że się nie boję, tym bardziej, że szłam sama. Tak więc powoli zaczynałam rozumieć na czym polega odpoczynek w tzw. „bananowej republice”.

Plaża NEGRIL, przy której usytuowany był nasz hotel nosiła szumnie nazwę „7 mile beach” i jest uznawana za jedną z najpiękniejszych plaż na świecie. I co z tego!? Skoro nawet nie można się się po niej na całej długości przespacerować.

Z związku z ciągle moim słabym samopoczuciem zostaliśmy na terenie hotelu jeszcze 2 dni. I to wtedy właśnie zaczęłam mieć przemyślenia, że obszar w którym jestem to takie akwarium dla złotej rybki. Pływasz sobie od ścianki do ścianki, masz je pięknie urządzone, dają ci jeść, obsługują, rozpieszczają.. a ty ciągle tylko możesz pływać od ścianki do ścianki!!! Wtedy też powstała moja nazwa na to: „Więzienny Raj”. Dla kogoś, kto kocha wolność i swobodę nie jest to przyjemne uczucie.

Czwartego dnia wyruszyliśmy w końcu w plener na wycieczkę. W planach wchodzenie po skałach w górę Ocho Rios, trochę ekstremalnie, ale współpraca w grupie i trzymanie się za ręce bardzo pomagało. Potem było pływanie z delfinami. Od wielu lat na mojej liście podróżniczych marzeń. Niestety w związku z wzrostem świadomości i przeżyć związanych z obserwacją zwierząt na wolności, realizacja tego marzenia była trochę zagłuszona pewnymi wątpliwościami czy jest to słuszne. Słuszne nie jest. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłam ostatni raz w życiu z pełną świadomością. Odkąd widziałam słonie w Kenii na wolności, a potem zobaczyłam je w Zoo w San Diego i się popłakałam – nie chodzę do Zoo. Podróże kształcą. Podróże uwrażliwiają. Umacniają w przekonaniach i wartościach. Jedną z moich największych wartości jest wolność. Dla wszystkich na tym świecie.

Podczas wycieczki poznałam trzy ciekawe kobiety: Australijkę, podróżującą (samotnie!!) po Jamajce (ale tylko 3 dni), dla której była to już 57 światowa destynacja, około 40-letnią Kanadyjkę dla której była to pierwsza podróż w życiu (nie licząc, jak to sama powiedziała wypadu na Black Friday do US 😉 oraz pewną starszą Amerykankę, która uświadomiła wszystkich, że mamy w US telewizję dla psów! Tak tak! Nie telewizję O psach… tylko telewizję DLA psów. Wieczorem rzuciłam się do oglądania i sprawdzania co tam proponują… szok…nawet relaksacje dla psów są! -:)

Przed każdym wyjazdem prywatnym staram się planować około 60-80% czasu. Resztę zostawiam na to, czego nie wiem i co spotka mnie na miejscu, a ja z radością z tego skorzystam. W tym przypadku zostawiłam nawet więcej czasu niezaplanowanego, gdyż chciałam skorzystać z jakichś wycieczek krajoznawczo-kulturowych. Lubię wtapiać się i poznawać ludzi i kulturę tego kraju. Niestety, jak wielkie było moje rozczarowanie, kiedy odkryłam, że takich wycieczek po prostu nie ma w ofercie, a prywatnie taksówką nie można ryzykować. Bardzo trudno mi było się z tym pogodzić na tyle, że wiłam się z myślami i kombinowałam jakby tu sprytnie dostać się do innego akwarium.  Jedyną rzeczą, którą wymyśliłam i była bezpieczna to dostanie się taksówką do innego resortu Sandals, oddalonego o ….. 5 minut! Pojechałam sama, bo Piotr był w tym czasie na nurkowaniu (mój certyfikat PADI leży głęboko w szufladzie, po nieprzyjemnym poprzednim nurkowaniu na Gran Canarii, jeszcze nie oczyściłam umysłu). Szczerze powiedziawszy tak nas wszyscy nastawili, ze jest niebezpiecznie i nie warto jeździć samemu, ze mój mąż nawet się zastanawiał czy by nie towarzyszyć mi w tej taksówce! Nie daliśmy się ogłupić. Pojechałam (nawet przezyłam 😉 zabrałam Nikona i nastawiłam się na fotografowanie. Plaża i przestrzeń w tamtym resorcie okazały się rajsko piękne i fotogeniczne. Spędziłam cudny czas, przyzwyczaiwszy się juz poniekąd do obecności strażników, co chwilę wypytujących co ja tutaj robię i pilnujących mojej ścieżki. Dokładnie widziałam, jak przekazują sobie krótkofalówkami moją obecność i pilnują, bym za daleko nie zaszła. Starałam się ich nie zauważać i cieszyć się wewnętrznymi przeżyciami.

Po tych kilku dniach poddałam się i juz nie szukałam innego akwarium. Cieszyłam się swoim, przyzwyczaiłam się do niego. Miałam świadomość, że to „tylko” tydzień i dobrze jest czegoś takiego doświadczyć. Kiedy ludzie mówią, opowiadają i doradzają to i owo, nie zawsze z ich rad korzystam. Bardzo lubię doświadczać sama i przekonywać się na własnej skórze. Jamajki nikt mi wcześniej nie przedstawił jako „więziennego raju”, stąd może trochę moje zaskoczenie na początku. Teraz już wiem czego się spodziewać. I chyba moje największe zaskoczenie myślowe to takie, że nie odrzucam tajich destynacji na przyszłość! Widziałam, jak bardzo była potrzebna Jamajka Piotrowi i z tego się bardzo cieszę, że maksymalnie odpoczął. „Więzienny raj” obrócilismy w żart, zaczęliśmy sami z siebie się nabijać, a moje początkowe rozczarowanie przeradzać się w dobre samopoczucie, chyba też związanie z odzyskiwaniem zdrowia.

Najbardziej żałuję tego, że nie mogę powiedzieć i odpowiedzieć na pytanie „Jak jest na Jamajce? Jaka jest Jamajka? Jacy są ludzie?”. Widziałam i obcowałam jedynie z tym i z tymi, którzy byli na terenie resortu: z obsługi i plażowi handlarze. Bardzo przyjemni i troskliwi ludzie. Bardzo pozytywne dla mnie było to, że plażowi handlarze nie byli nachalni, ani nagabujący. Nie podchodzili do leżaka by coś sprzedać. Po prostu przechodzili bez słowa i nie zapraszani nie ingerowali w odpoczynek.

Na terenie hotelu był pewien animator, typu „klaun”. Opowiadał różne śmieszne historyjki. Kiedyś zaczęła się dyskusja o tym, ile można w danym kraju mieć „promili we krwi” by móc według prawa jechać samochodem. Zaczął nam opowiadać jak to na Jamajce można wypić beczkę piwa i prowadzić samochód, paląc jeszcze przy tym trawę. Oczywiście zaczęliśmy się śmiać z tego. Obserwująca naszą grupkę z boku pewna młoda Jamajka krzyknęła do nas byśmy go nie słuchali, że tak nie jest. Potem jeszcze raz podeszła do nas i powtórzyła, by go nie słuchać. Pomyślałam sobie, jak ja bym zareagowała i reaguję, gdy ktoś opowiada takie „głupoty” o moim kraju. Tak samo. Robię dementi.

Tydzień na Jamajce był pomimo wszystko wspaniałym tygodniem dla mnie. Pozornie plażowe wakacje dały wiele przemyśleń, wiele wewnętrznych obserwacji, dwie przeczytane książki, kosztowanie smacznych specjałów, obcowanie z przesympatycznymi ludźmi, piękne otoczenie i kolory…  dolce farniente. Cieszę się, że mogę doświadczać różnego typu wypraw i pobytów. Teraz mam nieodpartą ochotę na jakiś park narodowy USA. Ale pewnie wcześniej będą moje mikro wyprawy po New Jersey i Pensylwanii, wyjazd na szkolenie do San Diego, w Kalifornii.

Ucieszyło mnie to, że powrót do Pennington był niczym nie zakłóconą kontynuacją entuzjazmu ekspackiego życia. Jeszcze ciągle ekscytującego i w miarę świeżego. Od roku mam uczucie przebywania na tzw. pół wakacjach.

Jestem z dala od doradzania czy odradzania komukolwiek czegokolwiek. Wiem, że Jamajka może jest wielkim czyimś marzeniem, i wiem, że warto by je spełnić. Jako mała dziewczynka dostałam od rodziców gramofon i płytę winylową zespołu Goombay Dance Band z ich przebojem „Sun of Jamaica”. Wtedy, gdy tego słuchałam, Jamajka była jakąś abstrakcją, jakimś „kosmosem”. A podczas pobytu włączylismy sobie to z Piotrem i podśpiewywaliśmy będąc właśnie tam. Kosmiczne uczucie!! -:)

 

thumb_IMG_3727_1024

 

 

 

 

 

Cztery pory roku.

thumb_IMG_1548_1024Mija 10 miesięcy pobytu w US. Zaczynam doświadczać czwartej pory roku.  Dokładnie rok temu o tej porze przygotowywałam się do tygodniowej familiarization trip, której celem głównie było pierwsze zapoznanie się z regionem i znalezienie lokum. Wszystko zrealizowane zgodnie z planem.

Powracam do skrótowego opisu czterech pór roku bo teraz już mogę mieć jasny na to pogląd. Oczywiście nie chodzi tylko i wyłącznie o pogodę ale też pogodę ducha 🙂

LATO

Kiedy przyjechałam w lipcu zastały mnie ogromne upały (35-40 stopni) i duża wilgotność. Ja, kochająca słońce i ciepło po 2 takich miesiącach miałam serdecznie dosyć!! Trudno wytrzymać kiedy w domu chodzi non-stop zimna klimatyzacja a na zewnątrz nie da się normalnie funkcjonować. Lato było dla mnie pierwszym odkrywaniem wszystkiego: pogody, sąsiadów, sklepów, jedzenia, administracji, możliwości. Było dla mnie niejasną sytuacją zawodową i rozpakowywaniem przez miesiąc rzeczy, które przyszły z polskiego domu. Było przyjemnie, było jak na wakacjach cały czas.  Lato to również było brutalne zderzenie się z rzeczywistością językową i zdziwieniem, że jednak ich nie rozumiem!! Okropne uczucie, kiedy tracisz swój autorytet. Koszmar. Zaczęłam czytać po angielsku świetną książkę Jhumpy Lahiri „In other words” opowiadającą o zmaganiach amerykańskiej popularnej pisarki z komunikowaniem się w języku włoskim. To jest książka tylko o tym. Jak to jest uczyć się języka, jak to jest przeżywać różnego rodzaju rozterki wynikające z wciąż niewystarczającej znajomości. Polecam bardzo. Językowo to był dla mnie czas „nieperfekcyjny”. Byłam zdenerwowana tą sytuacją.

Lato to także pierwsze nowe znajomości, głównie ze środowiska ekspackiego i sąsiadek.

Lato to odkrycie bliskości pięknej przyrody, oceanu i najbliższych okolic.

JESIEŃ

Jesień pogodowo to było najprzyjemniejsze zaskoczenie. Bardzo dużo słońca, niesamowite kolory drzew i roślinności. Przy tym ciepło. Bardzo. W pażdzierniku byłam jeszcze na plaży nad oceanem. Listopad w porównaniu z zawsze najgorszym pogodowo miesiącem w Polsce tutaj był przepiękny!! Przesiadywaliśmy często na naszym uroczym tarasiku, który jest tak niesamowicie zorientowany, że zawsze jest tak takie mini-solarium. Uwielbiam! Jesień o był zachwyt nad zachwytami. Przyroda była nieziemska, nie mogłam się wprost napatrzeć!  Kiedy nadszedł grudzień, a słońce jeszcze tak mocno świeciło, to aż trudno było myśleć, że za chwilę święta.

Zawodowo, był to bardzo spokojny czas, głównie zajmowania się tłumaczeniem książki o clean coachingu z francuskiego na polski.

Towarzysko zaczęłam poznawać więcej Polonii Amerykańskiej, wśród której moją cudowną Elizabeth, zwaną potem Matką Założycielką. (wyjaśnienia w zimie).

ZIMA

Mieszkając w Polsce napatrzyłam się na relacje tv z nowojorskich zim, i okrutnych mrozów tak, że naprawdę przygotowywałam się na podobny scenariusz. Powiem szczerze, że nawet miałam nadzieję doświadczyć tak srogiej burzy śnieżnej, że już sobie wyobrażałam jak nie damy rady wyjść z domu przez 3 dni 😉 Tymczasem najgorsze mrozy przeżyłam podczas świątecznego pobytu w Polsce. Po powrocie do amerykańskiego domu w styczniu zimy nie było widać. Były nawet dni, które bardziej przypominały wiosnę, a temperatura dochodziła do 20 stopni! Wszyscy jednak mówili, że ta zima, jesień i lato były wyjątkowe i nietypowe.  Zima przyszła i burza śniegowa też na początku marca. Ubawiłam się prognozami i ostrzeżeniami i ogromnej burzy całodobowej, obserwowaniem jak Amerykanie wykupują wszystko ze sklepów i odwoływaniem zajęć w szkołach i sugerowaniem pracy z domu. Mój mąż pojechał jednak do pracy następnego dnia i był…jedyny w kilkutysięcznym biurze! Śnieg jak śnieg, kto mieszka w Polsce wie jak to wygląda i na widok tego co tutaj się zadziało nie zdziwił by się zbytnio. Owszem, spadło trochę więcej śniegu i padało przez parę godzin, a potem były duże zaspy, ale jak tylko opady się zakończyły, na naszym osiedlu błyskawicznie wszystko odśniezono, łacznie z naszym chodnikiem pod drzwi. Zrobiło to na mnie wrażenie.

Zima, a głownie od drugiej połowy stycznia i dzięki temu, że Matka Założycielka zorganizowała spotkanie 4 Polek u siebie w domu w Filadelfii, utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam kontynuować zawodowo ścieżkę coachingowo – trenerską wśród Polonii.  Wspomniane spotkanie to przede wszystkim ukonstytuowanie tzw. Zarządu, z Matką Założycielką na czele (czyli grupy wsparcia 5 Polek). Mam do nich pełne zaufanie, cieszę się zawsze na spotkania i czuję pełną bliskość bratnich dusz na obcej ziemi. Jeśli chodzi o życie towarzyskie to kwitnie jak kwiatki na wiosnę.

Zawodowo tak jak wspomniałam, utwierdziłam się w przekonaniu swojej drogi, którą chcę pójść. Zaczęłam sprzedawać (a właściwie wyprzedawać) książkę. Sprzedałam do końca nakład tak, że zabrakło „towaru” i świeciłam oczami na zapytania. Dodruk został zamówiony, ale musiałam na niego czekać 2 miesiące.

WIOSNA

Pytałam tubylców jaka tutaj jest wiosna. Mówili, że dla nich to najgorsza z tutejszych pór roku. Nie przychodzi szybko, jest zimno i w ogóle. Zapomniałam, że nie mają porównania z Polską 😉 Tak, owszem, drzewa były dosyć długo jeszcze łyse, ale temperatura dość szybko się podniosła. Były spore ciągle skoki temperatur i nawet przyszło już lato. Rozchwianie kompletne. Marzec był najbrzydszym zdecydowanie tutaj miesiącem, który przeżyłam, ale jednak to i tak luksus jeśli porównamy to, co działo się w Polsce.  W momencie, gdy wszystko zakwitło nie mogłam przestać się zachwycać barwami kwitnących drzew i krzewów. Kolory, których nigdy do tej pory nie widziałam.

Wiosną przylecieli rodzice z pierwszą wizytą i jest to bardzo przyjemne uczucie gościć ich tutaj i obserwować ich radość odkrywania i zwiedzania 🙂

Zawodowo się rozwijam, buduję swoją markę, zaczynam być zapraszana tu i ówdzie z książką i na warsztaty. Cieszy mnie to niezmiernie. Jestem tu potrzebna.

Dużo się dzieje. Przeżywam tyle pozytywnych emocji związanych z tym życiem tutaj, że zaczęłam mieć kłopoty ze snem 😦 Czas tu płynie bardzo szybko i nie potrafię tego logicznie zinterpretować.

W temacie angielskiego po 10 miesiącach już nie czuję złych emocji. Rozumiem już tubylców!!! Zaczynam czynić plany ukończenia certyfikowanego amerykanskiego kursu coachingowego i nabycia kompetencji pracy w tym języku. Nabieram pewności językowej i jest to piękne. Jestem dumna ze swojego akcentu i w przeciwienstwie do francuskiego, który pozostanie dla mnie językiem serca w przypadku angielskiego akceptuję to, że pozostanie dla mnie językiem operacyjnym i nie muszę mieć ambicji mówienia bez akcentu. Myślę, że dobrze być językowcem, mieć świadomość pewnych mechanizmów i świadomość tego, jak człowiek uczy się języka i że do tego potrzeba czasu. No chyba, że ktoś jest geniuszem językowym, Ja nie jestem. Mówię w tej chwili 4 językami, ale jeden wynikł z drugiego i była to i jest codzienna praca i kontakt z native’ami. Z tego też powodu jestem tu pewnym „zjawiskiem”, bo wiadomo, że ludzie tu aż w tak wielu językach nie mówią 😉

Życie ekspackie jest przyjemne. Po prawie roku czuję, że chcę jeszcze i jeszcze. Z drugiej strony, tu i teraz czuję największe spełnienie i szczęście w moim życiu. Tak jeszcze nigdy do tej pory nie miałam. Przeżywam też swego rodzaju „kryzys”, bo ciągle mam problemy zdefiniowania sobie, czy ja ciągle jestem na wakacjach. Myślę, że tak, że są to takie wakacje w tej chwili, taki stan szczęśliwości. Kiedy skończy się taki stan umysłu i już się tutaj zasiedzę, to wtedy pomyślę, że już czas na zmiany. Na razie nie! Jest lepiej niż dobrze 🙂

Beatathumb_IMG_1548_1024

Mam mętlik w głowie.

Nowy Jork – miasto mojej kompletnej dezorientacji, tak bardzo wywołujące skrajne emocje, że czasami śni mi się po nocach. Kocham je i nienawidzę. Nienawidzę i kocham. Dziwi mnie i zadziwia. Wszystkim odradzam, a jednocześnie wiem że trzeba, no trzeba to wszystko zobaczyć. I niech będzie, że nazwę to miasto stolicą świata, bo drugiego takiego ziemia nie widziała! (Chyba, że Las Vegas 🙂

Czego nie znoszę w NYC?

A) Ludzi!!!! Caaaaaałe tabuny dzikich turystów na Manhattanie i wszyscy na 5th Avenue, tak, jak gdyby nie było innych ulic! Kiedyś pomyślałam jak fajnie, gdyby choć na jeden dzień wszystkich jakieś tornado wymiotło, to bym spokojnie wyrobiła sobie zdanie co do moich uczuć i się tego trzymała. Niestety to tylko jakieś moje niezręczne wizualizacje 😉

B) Letni smród i śmieci na ulicach. Koszmar i bez komentarza!

C) Hałasu: trąbienia taksówek, ciężarówek, ludzkich odgłosów co w ilości 100 sztuk na m2 naprawdę robi efekt!

D) Korków!! Korki samochodów, korki przed tunelami, korki pieszych na ulicy!

E) Cienia. Brak słońca, bo drapacze chmur naprawdę drapią chmury i światło się nie przedostaje.

F) Cen (okropnie wszystko drogie, okropnie!)

G) Szwędania się w okresie „christmasowym” bo znowu tabuny ludzi i korki na chodnikach tychże. Byłam oczywiście z rodzinką (a jakże!), ale ukrytym celem było sprawdzenie czy Kevin sam…. 🙂 🙂 Kevina nie było, ale misja wykonana!

H) Lotniska JFK – najgorsze lotnisko na świecie (wyjazdowo i przyjazdowo). Dojechać z Pennington normalnie można by było w 2 godziny. Ale nie można przecie zapomnieć, że nie jest normalnie, więc zakładać trzeba co najmniej 5 godzin zapasu.  Przylecieć i nie mieć statusu rezydenta równa się z koszmarem stania w kolejce do immigration co najmniej godzinę. Ostatnio lotnisko sparaliżował centymetr śniegu. Ludzie z Polski wylądowali i … czekali na płycie lotniska parę godzin zanim mogli wysiąść z samolotu. Koszmar! W rezultacie tego incydentu, samolot, który mnie osobiście miał zabrać z powrotem do US nie przyleciał do Warszawy i lot był anulowany. Wróciłam później i… muszę oddać cześć immigration, bo po raz pierwszy czekałam na wpuszczenie tylko 10 mn 🙂

Co kocham w NYC?

Możliwości! I już jak to piszę to uśmiecham się sama do siebie, bo przypomina mi się to,  czego w trakcie 7 pobytów w tym mieście doświadczyłam:

A) Broadway (Król LEW aaaahhhh!!!! wszystkim polecam i polecać będę, w razie czego można się do mnie zwrócić po zwrot ceny za bilet 🙂 (ŻARTOWAŁAM:)

B) Miejsca tzw. słynne, bo jednak uważam za duży przywilej mieć w sercu widok na miasto z Empire State Building czy stanąć w absolutnym wzruszeniu przy Memoriale 09/11

C) Widok na Manhattan od strony Jersey City (to jest dla mnie najbardziej „bezpieczny” kontakt z NYC: widzę z bliskiego ale jednak daleka, nie mam fizycznego kontaktu i podziwiam)

D) Ludzi (wiem, było też w części o nielubieniu). W tym punkcie chodzi mi o całą niesamowitą mieszankę różnych kultur. Kiedy jestem i słyszę wokół siebie wszystkie języki świata, obserwuję wszystkie kolory skóry, różne ubrania i przebrania czuję się najbardziej obywatelką świata – i jest to dla mnie wzruszające przeżycie metafizyczne.

E) Okres przed Bożym Narodzeniem (tak, wiem, że to było w części o nielubieniu, proszę mi o tym nie przypominać, nie cierpię na dwubiegunowość paranoidalną! -:) Kocham i podziwiam jak to miasto jest udekorowane, jakie atrakcje są przygotowane, światełka, koncerty, niespodzianki… i ta słynna choinka przy Rockefeller Center i to lodowisko w Central Parku…. i w końcu się udało spełnić marzenie małej dziewczynki i pojeździć tam na łyżwach!

F) Emocje, które wzbudza u moich przyjaciół i znajomych, którzy tu przyjeżdżają i się zachwycają. Bywało tak, że nawet zniechęcałam jak tylko mogłam, ale widać siła NYC potężna choć dla mnie niezrozumiała. Tak musi być. Wiem, że też nie wszyscy podzielają mój pogląd, że Francja to najpiękniejszy kraj na świecie. Choć szczerze naprawdę nie rozumiem jak można myśleć , że jest kraj piękniejszy niż Francja i jeszcze do tego się przyznawać w mojej obecności! -:)

Rozwlekł mi się temat nowojorski, ale tak musiało być. Zrobiłam sobie terapię, bo już dawno miałam podsumować moje wahania oraz wahania poziomu energii i nastrojów co do tego miasta. Obserwując świat i związki międzyludzkie jest pewna podobna relacja. Czasami pracuję z moimi klientkami na coachingach na temat trudnych związków. I to jest dobre porównanie! Kocham tego faceta, ale czasami przyprawia mnie o ból głowy i doprowadza do szewskiej pasji! Nienawidzę tak bardzo, że odchodzę. Ogłaszam separację na długo. Potem wracam na jeden dzień z nową energią, spędzamy miłe chwile, bo troszkę się za sobą stęskniliśmy, obdarowuje mnie nawet jakimś fajnym prezentem, da mi odczuć pozytywne emocje tak, że odczuwam wymiar metafizyczny, ale pod wieczór już wiem, że ten gość tak bardzo mnie męczy i irytuje, że jednak chcę wrócić do swojego Radomia (tak mój syn pieszczotliwie nazywa Pennington), do swoich sarenek. Ale ciągle nie mogę się od tego faceta uwolnić! Czuję jakąś dziwną siłę przyciągania i potrzebę, żeby był w moim życiu, ale raczej w bezpiecznej odległości i spełniał moje zachcianki. Oczywiście taka relacja między oblubieńcami jest możliwa tylko w sytuacji, gdy tylko jedno z nich jest człowiekiem, a drugie Nowym Jorkiem na przykład 🙂

Szczytem mojego mętliku w głowie było wymyślenie, że następny projekt travel coachingowy w listopadzie 2017r. odbędzie się… no gdzie? Czy czasem jest na sali terapeuta? -:) -:)

Serdeczności – Beata

P.S. Jeśli chciałabyś dołączyć do podróżniczego projektu rozwoju osobistego, to bardzo cię zapraszam przede wszystkim do mojej grupy Travel Coaching Beata Marciniak. To tam w pierwszej kolejności ogłaszam nowe projekty wyjazdowe.

https://www.facebook.com/groups/199978967016344/

Celebracja i zmęczenie.

 

 

Parę dni temu minęło równo 6 miesięcy odkąd collagetu jestem. Lubię i pamiętam o celebrowaniu wszelkich rocznic z mojego życia, nawet jeśli rocznica oznacza miesiąc czy pół roku. I to się nie zmieniło. A co się zmieniło? Pobyt tutaj to celebrowanie każdego dnia. Bez wyjątku. Piękne uczucie, kiedy nagle nie wiesz ile ten stan szczęśliwości potrwa i chcesz „nałapać” na zapas pozytywnych emocji. Przypomina mi to trochę celebrowanie każdego dnia wakacji, bo wiesz, że za chwilę się skończą. W tym przypadku nie wiem kiedy skończą się moje wakacje tutaj i dziwne jest że o tym piszę, bo wcale nie jestem na wakacjach! Pracuję, zajmuję się projektami, prowadzę procesy rozwojowe, planuję webinary, uczę się. A jednak przeciwne i cudowne okoliczności tej sytuacji i miejsca w którym przyszło mi żyć powodują, że nie obchodzi mnie co będzie za rok czy dwa. Nie wiem i nie mogę wiedzieć, bo przestałam mieć na to wpływ. Niewiedza ta daje mi paradoksalnie poczucie wolności i dobrego samopoczucia. Kiedyś jako świadoma siebie osoba prywatnie i zawodowo nawet do głowy by mi nie przyszło, żebym  nie miała gotowej odpowiedzi na pytanie „Co chcesz robić za 5 lat?”. Dzisiaj dobrze mi z odpowiedzią: Nie wiem co będę robić za 5 lat, ale wiem, że mój statek, który jakiś czas temu wypłynął w rejs po Karaibach dopłynie do jakiejś pięknej wyspy na której zostanę krótko i popłynę dalej. I tak dalej. Moim planem na za 5 lat i na całe życie jest być szczęśliwą. Taki cel, który wydaje się poza wszelkimi kategoriami sprawdzalności i poprawności typu SMART czy inne (bo przecież cel musi być SMARTOWNY ;). Dzisiaj dementuję i nie dam sobie wmówić 🙂 Kwestia dojrzałości i większej świadomości.

Od ostatniego postu wydarzyła się podróż na święta do Polski. Dziwne uczucie, kiedy wysiadasz po ponad 5 miesiącach na lotnisku w Warszawie i czujesz się, jakbyś wracała po dwutygodniowych wakacjach! Oznacza to tylko tyle, że:

1) Czas w US minął okropnie szybko.

2) Za krótko, by w Polsce poczuć się już jak alien.

3) Nie zdążyłam się stęsknić (ale to przekonanie zostało obalone w pierwszej sekundzie, kiedy zobaczyłam rodziców po tylu miesiącach na żywo… no stęskniłam się!!!)

Zacznę od refleksji i rzeczy, która była dla mnie nowa: Dowiedziałam się, że muszę nauczyć się przyjazdów do Polski. Kompetencja do rozwoju! Dziwnie pewnie brzmi, ale już wyjaśniam w czym problem. Na pewno w tym przypadku w bardzo złej organizacji pobytu. Jak należy zorganizować pobytów w Polsce tak, aby mieć dosyć? Kilka ważnych rad cioci Beaty:

Po pierwsze- miej wypełnioną agendę po brzegi już przed wylotem (wszyscy chcą się spotkać a ty ze wszystkimi więc myślisz, że dasz radę i będzie to mega przyjemność). Po 5 spotkaniu tego dnia masz już dość i chcesz jak najszybciej spać, a w nocy w dalszym ciągu śnią ci się pytania „Jak się mieszka w US?”. Fajnie jeśli ktoś jest fejsbukowiczem i cię śledzi, bo wtedy nie ma o czym gadać i możecie sobie spokojnie posiedzieć i poprzebywać 🙂

Po drugie – nakupuj wszystkim amerykańskich czekoladek i innych gadżetów, bo przecie wszyscy oczekują prezentów (tym bardziej, że oprócz tego masz kupione prezenty christmasowe). Rezultat: 3/4 twojej walizki to „dobra amerykańskie” a 1/4 twoje rzeczy, z czego kosmetyczka waży 2 kilo.

Po trzecie – Zaplanuj pobyty tak, aby „Być wszędzie”: w Warszawie, w Zakopanym (bo przecie od 14 lat tam święta i co by tradycji stało się zadość…), w Twoim rodzinnym mieście bo przecie czeka stęskniona pozostała rodzina! No i znowu w Warszawie, bo tu większość znajomych! W rezultacie śpisz w 7 różnych miejscach przez 2 tygodnie!

Po czwarte – zaplanuj, że popracujesz trochę, zaplanuj przeprowadzenie całodniowego warsztatu clean coaching w sobotę poprzedzającą twój powrót do US. Ważne przecie by nie stracić zawodowych kontaktów z Polską bo o Tobie zapomną!!!

Po piąte – Miej w głowie, że trzeba załatwić sprawy administracyjne i inne, bo przecież w US nie ma internetu ani telefonów i wyślą za Tobą list gończy!

Po szóste: Nie bądź asertywna i przyjmij zaproszenie na spotkania, na które „nie chcesz, ale musisz” i pomyśl, że warto było. Czas pokaże, że nie warto, i mogłaś ten dzień spędzić z tatą.

Po siódme: Lataj, lataj, jedz byle gdzie i byle co bo nie ma czasu.

Po ósme: Podczas zimowo-świątecznego pobytu w Polsce planuj sobie spotkania już na sezon letni i wypełniaj agendę!

Po dziewiąte: wychodź na spacer po Warszawie w czasie największego smogu, bo nie będzie już okazji, a jutro wylatujesz.

Po dziesiąte: Bądź ciągle zmęczona i nie rób nic dla siebie. To ci posłuży z pewnością poprawi samopoczucie.

UFF 🙂

Mój lot powrotny do US został odwołany. Przebukowałam sobie na za 3 dni. Nie spieszyłam się. Cieszyłam się jak mała dziewczynka, bo przed oczami miałam takie obrazy: pójdę na spacer po moim ukochanym Nowym Świecie, spotkam się jeszcze z dwiema ważnymi osobami, pójdę spokojnie zjeść kolację we włoskiej Tawernie, pogapię się na TV (DDTVN z Dorotką Welmann i Prokopem), pójdę do Złotych Tarasów na zakupy!! Hurra!!! Nowe, stare małe przyjemności zwyczajnego życia 🙂 Wszystkie marzenia spełniły się, pobyt w Polsce stał się kompletny.

Jestem już w moim amerykańskim domu. Cieszę się na wspomnienie tych wszystkich chwil, tych wszystkich uśmiechniętych buziek. Miód na serce zobaczyć kochanych rodziców, ukochaną kuzynkę i chrześniaczkę, najbliższych przyjaciół i znajomych. I pomimo mojego czarnego dekalogu nie zamieniłabym tych chwil na żadne! Cudowne jest uczucie jak wiele osób chce się ze mną spotkać, jak wiele prezentów dostałam… zabrałam wszystkie! (moja walizka w drodze powrotnej ważyła 28 kilo – 8 kilo więcej! i tylko dzięki temu, że dostaliśmy upgrade do Premium Class nie musiałam dopłacać za nadbagaż!

Przyjazdów do Polski się uczę. Letni pobyt będzie wyglądał inaczej… Na razie mam zaplanowanie tylko 2 spotkania 😉

 

 

 

 

 

Wczoraj dopiero przyleciałam!!

14570740_10209733356027239_3828671709045327287_o

ZDJ. Fall photo Princeton University by BEATA MARCINIAK

 

Za parę dni miną 4 miesiące odkąd tu jestem. Właściwie, zgodnie z planem (którego ja, wizjoner nigdy nie mam 😉 powinnam napisać post o pierwszych moich krokach tutaj, pierwszych dniach. Ale nie… właściwie mam potrzebę teraz ogarnąć wszystko z lotu ptaka, bardzo ogólnie, bez wdawania się w szczegóły, ale za to tak, by oddać całą atmosferę tych 4 miesięcy. Opisywanie szczegółów i skupienie się na jednym temacie może przyjdzie kiedyś, a może nie. Niczego nie obiecuję, bo wszelkie szczegóły i rozpisywanie się nad nimi to nie moja bajka. Ja jestem motywacyjnym Wizjonerem, który nie wdaje się w detale, bo wiadomo, że Wizjoner to człowiek o szerokim spojrzeniu. Tak więc szeroko spoglądam i już robię przegląd:

1. Wczoraj dopiero przyleciałam!! Ten tytuł nie jest przypadkowy i odzwierciedla największy szok jaki odczuwam tu: CZAS PŁYNIE BARDZO SZYBKO! Mamy już bilet do Polski na Święta!! Nigdy, ale to przenigdy nie odczuwałam tak szybko upływającego czasu. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, i już wieczór i już piątek, i już koniec miesiąca! Nie potrafię tego sobie do końca wytłumaczyć na czym to polega. Kiedy dzielę się tym spostrzeżeniem z tubylcami ekspatami mówią mi, że to normalne i że oni mają tak samo i cieszą się, że skoro to mówię, to z nimi też wszystko w porządku. Kiedy dzielę się tym z przyjaciółmi w Polsce, tłumaczą mi, że pewnie dlatego, że tyle się w moim życiu dzieje i mam dużo spraw. Nie wiem. Dzieje się, to prawda. Mam dużo spraw. To prawda. Ale nadal nie rozumiem, bo w Polsce też miałam dużo spraw i pracowałam intensywniej. Próbuję przypomnieć sobie momenty mojego życia, kiedy czas pędził szybciej i nic mi więcej nie przychodzi do głowy jak czas wakacji… Coś chyba w tym jest. Może jednak podświadomie ciąglę czuję się jak na wakacjach? Muszę poprosić o sesję clean coaching by wyciagnąć to z mojej podświadomości 🙂

2. Boże jak tu pięknie! Miałam szczęście, że trafiłam w miejsce, które nieprzypadkowo nazywane jest Garden State. Pierwsze moje wrażenie, jeszcze z maja, z familiarization trip to było poczucie, że poruszam się po parku narodowym! I tak jest do tej pory. Cechą charakterystyczną tego miejsca są wysokie i piękne drzewa, mnóstwo parków, biegające wszędzie sarny (jest ich mnóstwo!), żółwie, świetliki… niska zabudowa, wszystko w otwartej przestrzeni (nie ma tu żadnych płotów czy barier) którą uwielbiam, o co nawet siebie nie podejrzewałam. New Jersey oczywiście jako stan nie jest jakoś szczególnie piękne wszędzie, a szczególnie na północy. Jest za to bardzo interesujące i bogate w atrakcje. Z naszego miejsca (mieszkamy między Pennington, Princeton a Lawrencewille) praktycznie w godzinę do półtorej można dojechać wszędzie: nad piękny, ciepły ocean z cudownie piaszczystą, szeroką plażą, gdzie nawet prawdziwe palmy w sezonie ustawiają (hahaha Amerykanie to potrafią!), do dużych miast jak Filadelfia (40mn) czy Nowy Jork (mamy kolejkę 10 mn od domu, którą jedziemy na Manhattan około 70 mn, samochodem to czysta tragedia, można stracić nawet 2 i pół godziny!), niewysokie ale urokliwe góry (około 90 mn). Nie mówiąc już, że do przeuroczego Mercer County Park z licznymi jeziorami jeździmy na rowerach i chodzimy pieszo. Nasze miejsce to kosmopolityczne osiedle nowych szeregowców, pełne cudzoziemców i Amerykanów. Przed domem od strony tarasu mamy dużą łąkę i przestrzeń.

3. Klimat. Od 14 lipca, odkąd jesteśmy do mniej więcej początku września odczuwalność temperatury to było coś w okolicach 40 stopni. Do tego straszna wilgotność. Trudno jednak wytrzymać. Klimatyzacja w domu (na szczęście jest!!!) działała całą dobę. Dopiero we wrześniu zrobiło się normalne lato z temperaturami około 25 stopni. Pażdziernik był cudowny, dopiero w połowie było czuć nadchodzącą jesień, ale i tak temperatury dochodziły do 30 stopni. Potem spadały do 15, duże wahania. Teraz mamy listopad, złotą cudną jesień. Podziwiam, zachwycam się, tracę oddech, śmieję się do siebie. Stan porównywalny do zakochania się i głupawki endorfin. Chce mi się wychodzić, spacerować, robić zdjęcia. Kocham słońce! Kiedy mieszkałam w Polsce, (a wiadomo jak to jest w okresie jesienno-zimowym), to potrzebowałam oszukiwać mózg by móc cieszyć szaroburym dniem. Umiem to robić, umiem tak zarządzić swoim wewnętrznym światem, że wtedy koncentruję się na nim. Jest tam zawsze słonecznie i kolorowo. Wymaga to jednak wydatkowania energii, którą zgromadziłam poprzednio w słoneczne dni. Czasami robiłam tak, że jak już za długo było szaro i nie mogłam przecież oszukać fizjologii (pomimo coachingowych sztuczek) to planowałam podróż w słoneczne miejsca. W zeszłym roku od pażdziernika do maja byłam : w Prowansji, 3 razy w domu w Hiszpanii, w Singapurze, w Paryżu. Jakoś przeżyłam 😉 Teraz dopiero widzę, jak to jest i ile składa się energii w człowieku na zapas, kiedy dzień jest słoneczny. A zdecydowanie 90% dni jest tutaj słonecznych z niebieściutkim niebem. Budzę się rano, i już sobie żartuję, że dzisiaj dla odmiany świeci słońce 🙂 Duża ilość słońca szkodzi jednak motywacji do pracy, więc zasiadam do niej dopiero wieczorem lub późnym popołudniem. Wolę jednak tak i nad tym popracować niż czuć się zmotywowana przez szarobury dzień. Tubylcy mówią, że zima tu bardzo ciężka, długa, ostre temperatury, dużo śniegu, wiosna krótka… Nie przestraszyłam się, bo jak patrzę za okno to mam efekt wyparcia 🙂 Czy już mówiłam, że kocham słońce?

4. Rodzinnie.  I to jest najpiękniejsze odczucie. Jako rodzina jesteśmy jacyś odświeżeni, podekscytowani. Pojawiły się nowe tematy do dyskusji, nowe odkrycia. Jesteśmy często i blisko wszyscy razem. Czy jest to efekt „osobliwego skazania tylko na siebie?”jak niektórzy tu to mówią? Nie wiem, nie ważne. To przyszło tu, wraz z tym życiem tu i jest to magiczne. Chwilo trwaj. Pozwól, że ten wątek zostanie tak krótki, bo jest dla mnie zbyt ważny, a nie czuję się wewnętrznie upoważniona do opowiadania o mężu i synu. Oni mogliby pisać swoje blogi. Ja mówię tu tylko o sobie i swoich uczuciach.

5. Ludzie. Temat jednak chyba na osobny post, ale mimo wszystko zmierzę się tak bardzo w skrócie.

  • Sąsiadki. Mam 3 poznane sąsiadki: 2 Amerykanki, 1 Węgierka. wszystkie udzielają się charytatywnie, wychowują dzieci, są bardzo miłe. Węgierka to ogromnie dynamiczna i gadatliwa kobieta, przed którą uciekam daleko, bo jak zagada, to godzina z głowy 😉
  • Polacy. Jest tu ich dużo, ale nie weszłam do tak zwanej Polonii przy polskim kościele w Trenton. To jest bardzo specyficzne środowisko. Nie jestem raczej zainteresowana przebieraniem się w krakowiankę, gotowaniem bigosu i spotykaniem ludzi, którzy Polskę pamiętają sprzed 30 lat. Trudny temat, pewnie kiedyś szerzej opiszę. Znamy natomiast miłą parę mieszkającą tu od 20 lat, już właściwie tutejsi, choć mówienie w tym samym języku przypomina że źródło to samo.. Inne dwie, przemiłe młode Polki poznałam na lekcjach angielskiego w Princeton a to już jest zupełnie inna bajka.
  • Ekspaci. Najwięcej oczywiście znamy tutejszych ekspatów. Ludzi tu poznaje się oczywiście przez firmę, jak ktoś zaprosi Cię na imprezę. Na takiej imprezie właśnie poznałam Ninę, Szwajcarkę chorwackiego pochodzenia, moją bratnią duszę. Nina oczekiwała mnie na długo zanim się zjawiłam w US, bo Piotr poznał ją wcześniej i opowiadał jej o mnie. Pamiętam, jak spotkałyśmy się pierwszy raz, uściskała mnie tak mocno, jakbyśmy były przyjaciółkami od lat.. Nina jest tutaj z rodziną od 2 lat, a od 7 lat w życiu ekspackim. Niedawno powiedziała mi, że jej mąż przyjął propozycję powrotu do Szwajcarii. Wyjeżdżają pod koniec grudnia. Smutno naprawdę mi się zrobiło tak szczerze po raz pierwszy. Cieszę się jednak z jej powodu, bo wiem, jak bardzo nie lubiła tu być i jak bardzo chciała wrócić do Europy. Oczywiście pocieszamy się nawzajem, że to dopiero początek naszej przyjaźni i tak naprawdę to dopiero będziemy miały kontakt jak ja wrócę do Europy. I tego się trzymam! A póki co mamy w kalendarzu zarezerwowane terminy na wspólne lunche w Teresa Cafe przy prawdziwym włoskim espresso. Poznałam też Delphine – Francuzkę hiszpańskiego pochodzenia i jej męża Belga. Od 4 lat tutaj. Właśnie kupili tu urokliwy dom. Nie wiadomo, czy na stałe tutaj, bo w życiu ekspackim nigdy nie wiesz gdzie będziesz jutro. Delphine kiedyś po prostu napisała do mnie sms’a, że tyle o mnie słyszała fajnych rzeczy, że koniecznie musimy się spotkać i zaprosiła mnie na kawę do siebie. Zaiskrzyło. Byli potem u nas na kolacji (ja cała w stresie, bo Delphine prowadzi warsztaty kulinarne), a jutro my idziemy do nich. Z Delphine mamy wspólny projekt – napisania przewodnika po New Jersey. Ona jest kompletnie inna niż tutejsi ekspaci. Ona jest taka… „tutejsza”. Kocha tu być, zachwyca się, bardzo jest tu zadomowiona. Miło ją słuchać, bo ja jestem jeszcze w tej fazie, że też jestem zachwycona.
  • Chińczycy. Niesamowity materiał na post. Poznaję ich głownie na kursach angielskiego. Na początku chodziłam do Princeton Library na angielski, ale zauwazyłam, że 70% to Chińczycy. Niestety, mimo, że bardzo ale to bardzo się starają, są bardzo słabi językowo i właściwie na angielskim uczyłam się rozumienia…. Chińczyków. Wymawiają koszmarnie! Ledwo można ich zrozumieć. Czasami sam lektor musiał czynić duży wysiłek… Chodziłam jednak dalej, bo dla mnie było to niesamowite przeżycie międzykulturowe. Uważam ich poza tym za bardzo, ale to bardzo sympatycznych. Kiedy 15 lat temu byłam na stypendium rządu francuskiego dla nauczycieli francuskiego z całego świata w Montpellier, byli też tam profesorowie z Chin. Pamiętam jak prowadzący wyrzucali mnie z niektórych zajęć mówiąc, że to jest grupa chińska i dla mnie jest to za niski poziom. Ale pamiętam też, jak chinskie profesorki prosiły mnie o wspólne zdjęcie, bo szczerze przyznawały, że chcą pokazać swoim studentom jak piękne są tu kobiety 🙂 Mija 15 lat, a na zajęciach w Princeton Library kursantka z Chin prawi mi komplementy jaka to ze mnie piękne kobieta, te jasne włosy..niebieskie oczy.. no! Dobrze, że chociaż zawsze mogę choć na Chińczyków liczyć! Kamień z serca, że jest miejsce na świecie, gdzie możesz zawsze uchodzić za piękność -:)
  • Ludzie „z ulicy”. Rozbrajająco kontaktowi, uśmiechający się, zagadujący, troskliwi. I teraz już nikt mi nie wmówi, że to jest tylko powierzchowne. Jeśli gdziekolwiek, gdzie się nie pojawiam, jestem witana uśmiechem i dobrym slowem, a sławetne „How are you today?” w towarzystwie uśmiechu od ucha do ucha słyszysz wszędzie, to jest to tak jak słońce – bardzo to energetyzuje. W sklepie czy w parku, ludzie się do siebie uśmiechają na sam widok! To tak, jakby cieszyli się, że cię spotkali na swojej drodze.. Pozytywne podejście do życia widać tu na każdym kroku i teraz empirycznie mam sprawdzone to, czego uczyłam na szkoleniach.

6. Inny wymiar. Dzisiaj spotkałam się z opinią, że wygląda na to, że przeżywam swoją drugą młodość 🙂 🙂 Można tak powiedzieć, można tak porównać. osobiście porównuję ten stan do stanu zakochania się i bezkrytycznego patrzenia na wybranka. Nie martwcie się o mnie! Ślubu z tym krajem nie planuję, chcę mieszkać w Europie i tego się trzymam. Krótko mówiąc nadmiar endorfin to też wysoki poziom stresu. Żyję w nadmiarze endorfin 🙂 nie wiem ile jeszcze tak pociagnę, ale łatwo przewidzieć, że powoli wszystko zacznie mi tu powszednieć, a wtedy będę pisac posty w stylu krytycznym i częsciej organizować travel coachingi w Europie 🙂

CDN…. Następny post będzie kontynuacją tego. Chciałabym w nim napisać o trudnych momentach tutaj..też takie bywają! Dawajcie mi znać o czym chcielibyście przeczytać 🙂

Beata

(na rynek amerykański miała być Beatrice, ale jednak postanowiłam ich przyuczyć i wiem, że zdolni są!)

 

 

 

 

 

 

 

 

Refleksyjny lot Warszawa _ Nowy Jork

Lot z Warszawy do Nowego Yorku był niezwykle przyjemny, spokojny i komfortowy w business classe bo kontrakt ekspacki gwarantuje ci to w umowie, tak jak wszystkie koszty związane z przeprowadzką. Nasz piesek yorkshire leciał z nami przy fotelu. Niestety nawet na moment nie mogła być wyjęta ze swojego zamkniętego nosidełka. Przyjęła to z godnością, ale widziałam, że bardziej było to smutne poddanie się patowej sytuacji, niż radość bycia z nami obok. No ale przetrwała!

Bezpośredni lot z warszawy do Nowego Yorku trwa 8 i pół godziny. Mija bardzo szybko wbrew temu jak się o tym myśli. Co robię podczas takiego lotu? Transatlantyki dają dużo możliwości miłego spędzenia tego czasu: samo konsumowanie posiłków trwa już pewnie z dobrą godzinę. Każdy fotel standardowo zaopatrzony jest w ekranik. Tak więc można oglądać filmy, których jest całe mnóstwo w różnych językach i wiele niezłych hitów. Można słuchać audiobuków, oglądać programy TV. Można czytać książki, można gadać ze współtowarzyszem podróży i można rozmyślać. Przyznam, że połowę czasu rozmyślałam. O wszystkim. Tam, w górze, między jednym światem, który właśnie zostawiłam, a drugim. do którego zmierzam była to w końcu najlepsza przestrzeń na oczyszczenie się i przygotowanie duchowej przestrzeni na nowy początek. Nie, nie myślałam o tym, czy wszystko udało mi się zamknąć, wszystko pozałatwiać, ze wszystkimi się pożegnać, nie myślałam czy jestem w 100% gotowa na tę zmianę. Rozmyślałam o życiu. O moim życiu. Czułam wdzięczność, że tyle pięknych rzeczy mnie w nim spotyka i że najzwyczajniej w świecie ufam temu procesowi, mam z życiem pewną nić porozumienia. Bo z życiem trzeba umieć się dogadać. Myślałam o tym też, że przecież jak każdy mam w życiu pewne braki, tęsknoty, dopada mnie czasami smutek. Mam złe dni. Wiem jednak że to tylko złe dni, a nie złe życie. Życie to nie tylko uśmiechajace się zdjęcia z fejsbuka tylko szczęśliwych chwil, choć ja też lubię dzielić się nimi publicznie. Życie mam dobre, a właściwie lepsze niż dobre jak mawia mój ukochany Zig Ziglar.

Rozmyślając patrzyłam na syna, który jedzie z nami na rok do US i będzie to dla niego i dla nas ostatni taki rok kiedy fizycznie mieszkamy razem. I jestem mu wdzięczna, że podjął taką decyzję o tym wyjeździe, dzięki temu mamy jako rodzina szansę na przygotowanie się do jego czasu dorosłości i odlotu z gniazda. Zastanawiałam się i byłam ciekawa jak wykorzysta ten rok dla siebie, z czego skorzysta, co sobie przemyśli. Kiedy ja miałam 19 lat tak jak on, właśnie dostałam się na romanistykę w Poznaniu i wyjeżdżałam od rodziców. Jako matka mam dany jeszcze rok przed jego wyjazdem prawdopodobnie do Szkocji na studia. Myślałam, że chcę go dobrze wykorzystać, być blisko ale też dać mu przestrzeń na bycie i podejmowanie decyzji samemu.

I tak minął lot. 14 lipca 2016r. wylądowaliśmy z Kubą i zwierzakami na JFK w Nowym Jorku. Szczęśliwi. Kolejka do immigration była jak zwykle ogromna więc musieliśmy się uzbroić w cierpliwość. Niestety radość przyjazdu zakłócona była pierwszą wiadomością ze świata, która do nas dotarła: zamachy w Nicei w święto narodowe Francji. Parę metrów przed nami w kolejce pewna Francuska zanosiła się od płaczu… Ponieważ emocjonalnie Francja jest mi najbliższa na świecie, to udzieliły mi się te łzy. Mieszanka radości i smutku. Jest to takie uczucie, jakby coś zablokowało cię od wewnątrz i nie dajesz sobie przestrzeni na autentyczną radość …

W końcu się odprawiliśmy i poszliśmy szukać naszego kota.. naszego 13 letniego kochanego Wojtusia, o którego najbardziej się obawialiśmy bo różni ludzie straszyli nas, że nie przeżyje tej długiej podróży w luku bagażowym. Wojtek już na nas czekał wystawiony przy taśmie z walizkami. Czekał świeży i wyprostowany i na sam widok uśmiechnęło mi się już serce. A jego miałknięcie na mój widok zrekompensowało moje wcześniejsze obawy. Tak więc wszyscy moglismy w komplecie zameldować się i rzucić w ramiona P., który czekał na nas przez 5 tygodni. No i rzuciliśmy się! A następnie pewnym, ochoczym krokiem ruszyliśmy w stronę naszego nowego domu w między Pennington a Lawrencewille w stanie New Jersey.

Ciąg dalszy nastąpił… 🙂