Powrót do strefy komfortu!

Pierwszy raz o „strefie komfortu” usłyszałam, kiedy zaczęłam się interesować rozwojem osobistym. Definiowana jest jako stan, w którym wszystko wiesz i znasz, w którym czujesz się bezpiecznie (patrz: leniwie). Stan, w którym stoisz w miejscu, ulegasz stagnacji, wypalasz się. Właściwie do tej pory nie znalazłam o niej nic pozytywnego, jakiegoś punktu zaczepienia, że jednak jest tam coś dobrego, co powodowałoby mój dobry stan. Nie. Wprost przeciwnie: naokoło przekonują, że należy koniecznie z niej wyjść, podają dziesiątki powodów dlaczego należy z niej wyjść i rozpisują 100 sposobów jak to się robi. Strefa komfortu – znienawidzona, niechciana, nielubiana.  Sama dałam się złapać w pułapkę wieloletniego wychodzenia ze strefy komfortu, ale przyszedł moment w moim życiu, kiedy mówię „dość”.

Właściwie, to nie był moment, to był i jest proces. Zaczął się 2 lata temu, kiedy wyprowadziłam się z Polski do USA. Wydawało się, że jest to największe wyjście ze strefy komfortu kiedykolwiek. Bo przecież musiałam nauczyć się prawie wszystkiego od podstaw, doszlifować angielski, zaznajomić się z nową kulturą, reaktywować się zawodowo, poznać nowych ludzi… etc. Wszystko zatem co komfortowe, pozornie zostało w Polsce.

Tak więc uczyłam się nowych rzeczy, poznawałam, mierzyłam się z wyzwaniami, dziwiłam, szukałam, znajdowałam.

I potem była sesja zdjęciowa, prezent na urodziny od młodej, zdolnej fotograf z New Jersey – Ani Frączak (https://www.annafraczakphoto.com). Ania zaproponowała tzw. sesję w boxie (efekt widzicie jako obrazek wyróżniający tego postu). Była to niezwykła sesja pod wieloma względami: Ania stworzyła niesamowitą aurę, mówiła do mnie po francusku by mnie rozśmieszyć, a ja przygotowałam kilka fajnych „gadżetów”, aby stworzyć obrazki wiernie oddające moją najbardziej charakterystyczną „JA”. Udało się to doskonale. Kiedy zobaczyłam efekt sesji, byłam bardzo zadowolona: 9 odsłon mojej „JA”, a właściwie 9 odsłon tego, co dla mnie ważne zawodowo i trochę prywatnie.

Kiedy przyglądałam się tym 9 kwadracikom tworzącym jeden box, zdałam sobie sprawę z jednego: Wcale nie myślę „outside the box”, wcale nie muszę ciągle myśleć poza schematem i wychodzić z mojej strefy komfortu. Teraz nastał czas w moim życiu, kiedy chcę być „tu i teraz”, chcę spojrzeć w mój box i zastanowić się co ja mogę zrobić z tym co już mam? Bo przecież tylko tak będę żyła w spokoju i przekonaniu, że nie muszę już szukać, pędzić, myśleć do przodu, ciągle się ulepszać… Nie muszę żyć w przyszłości. Naszła mnie taka właśnie refleksja: wychodząc nieustannie ze strefy komfortu, ciągle coś ulepszając tak naprawdę non stop żyjemy w przyszłości robiąc plany i inne plany, a ulatuje nam to, co najważniejsze teraz. Życie tu i teraz przechodzi nam, mówiąc kolokwialnie „koło nosa”.

Przyglądając się mojej strefie komfortu, mojemu magicznemu pudełeczku, mogłam nareszcie zauważyć, że mam tak bardzo wiele zasobów, talentów, możliwości do wykorzystania, że już nic nie muszę, co najwyżej mogę chcieć. Wychodzenie ze strefy komfortu przestało mieć dla mnie znaczenie i moc. Dzisiaj największą moc ma zauważenie całej aktualnej struktury wzajemnych połączeń we mnie i zaopiekowanie się nimi tak, by stworzyć z nich nowe, ciekawe elementy w ramach strefy komfortu. I to jest moja siła i moc! Jak to się stało, że do tej pory tego nie zauważałam i nie mogłam świadomie wykorzystać? Może właśnie dlatego, że uległam hasłom i przekonaniom, że wszystko co siedzi w naszym pudełeczku zwanym strefą komfortu się nie nadaje do niczego i nie da mi poczucia szczęścia? Że wszystko, o czym marzymy jest poza nią? Być może przez wiele lat bardzo ją rozbudowałam, ale też wielokrotnie wychodząc z niej trochę się poobijałam. Na tyle, że zapragnęłam docenić wszystko, co mam starego i wypracowanego. Myślę sobie i jestem dziś pewna, że nie ma to absolutnie nic a nic wspólnego z wyświechtanym hasłem „Nigdy się nie poddawaj”.

Dzisiaj chce mi się radośnie wykrzyknąć „Wracaj do swojej strefy komfortu!” Tu jest wszystko, czego potrzebujesz do szczęścia, spokoju, samorealizacji. Jesteś wystarczająco dobry, żeby zacząć tu i teraz, w tej chwili, by właśnie w tym momencie poczuć wdzięczność za wszystko co masz i osiągnąłeś. Masz wszystko, co jest potrzebne do Twojego szczęścia. Przyjrzyj się sobie we własnym pudełeczku. Jesteś kompletny. Potrzebujesz tylko to dostrzec. Ja już dostrzegłam. Ty też tak możesz. TERAZ.

Beata

Intercultural Coach, Expatka, Autorka książek „Zmiana niejedno ma imię”.

http://www.beatamarciniak.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Travel Coaching Andaluzja, Benalmadena, maj 2018

Projekt Travel Coaching powstał w wyniku mojego silnego przekonania jak wiele do naszego życia wnoszą podróże. Pragnęłam, by organizowane przeze mnie wyjazdy pozwalały  uczestniczkom w sposób bardziej świadomy przeżyć podróż, a warsztaty i sesje coachingowe im towarzyszące mogły mieć miejsce w niesamowitych i inspirujących zakątkach by spotęgować efekty rozwoju osobistego i nadać im większą skuteczność.

 Warto na pewno wyjechać poza miejsce swojego zamieszkania. Ba.. najlepiej bardzo od niego daleko… Dom niekoniecznie jest najlepszym miejscem na spotkanie z naszym prawdziwym ja. Meble twierdzą uparcie, że nie możemy się zmienić bo one się nie zmieniają… Podróż, choćby kilkudniowa pomaga zmienić perspektywę spojrzenia na różne sytuacje z innej perspektywy. Pomaga naładować wewnętrzne baterie i zainspirować do twórczych działań i zmian.

 W nieustannej podróży jestem już prawie od 2 lat odkąd przeprowadziłam się do USA, ale moja chęć kontynuacji projektu Travel Coaching nie straciła na sile. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo mi tego brakuje i że jest to forma rozwoju osobistego unikalna, jedyna w swoim rodzaju, stanowiąca na pewno dużą część mojej marki osobistej.

 Tak więc zaczęłam mówić o Travel Coachingu w nowym środowisku Polonii Amerykańskiej i zgłosiła się do mnie Natalia (z Vermont USA, właścicielka firmy Vermontology Guided Tours), którą projekt zainspirował. Natalia od razu zaproponowała do wyjazdu swoją mamę, która w wieku 70 lat zaczęła swoją przygodę z rozwojem osobistym i której spodobała się moja książka „Zmiana niejedno ma imię”. Zaczęłam rozmawiać z Natalią na temat wyboru miejsca. Obydwie ustaliłyśmy, że to będzie Andaluzja (ostatni mój Travel Coaching w 2016 roku też odbył się w Andaluzji właśnie)

 Grupka 5- osobowa na wyjazd dosyć szybko się ukonstytuowała (4 dziewczyny z różnych stanów z US, jedna z Irlandii i zaczęłyśmy wszelkiego rodzaju przygotowania. Wybrałyśmy do zamieszkania piękny, przestronny apartament z widokiem na morze w miejscowości Benalmadena, pół godziny na zachód od Malagi. Przez 2 ponad 3 miesiące ustalałyśmy wszelkie szczegóły wyprawy, techniczne i merytoryczne związane z warsztatami. Spotkałyśmy się również 2 razy na zoomie by lepiej się poznać (nie wszystkie znały się osobiście) i omówić ważne szczegóły.

 Niesamowite, jak bardzo wszystkie „żyłyśmy” tym wyjazdem. Uwielbiam ten stan przedwyjazdowej ekscytacji, ochoty, by czas płynął szybciej, przygotowań wszelakich.

 W końcu przyszedł TEN dzień, kiedy cała gromadka spotkała się na lotnisku w Maladze. Zaczęła się wtedy de facto fizycznie nasza podróż w głąb siebie oraz podróż odkrywania piękna cudownej krainy, którą jest Andaluzja.

 Na początku ustaliłyśmy i przypomniałyśmy plan najbliższego tygodnia oraz spisałyśmy między sobą kontrakt tak, aby dobrze nam się funkcjonowało w grupie.

Przed nami było 8 dni fantastycznej podróży rozwoju osobistego.  Tak więc wstępnie miałyśmy rozpisany plan każdego dnia, ale zgodnie ustaliłyśmy, że jest to tylko propozycja i jeśli się okaże, że coś nam się wywróci, to nie będzie z tego powodu tragedii, będziemy elastyczne i w miarę możliwości poprzesuwamy lub zrezygnujemy z niektórych części programu. Dla mnie jako osoby odpowiedzialnej za warsztaty rozwoju osobistego i sesje coachingowe ważne było, żeby były one zrealizowane w 100%.

Jeśli chodzi o tematy na warsztaty, uczestniczki wybrały je same, a ja zgodnie z życzeniem przygotowałam je i przeprowadziłam. Podczas tego wyjazdu pracowałyśmy nad: motywacją, pewnością siebie, zarządzaniem emocjami, marką osobistą. Na indywidualnych sesjach coachingowych każda z uczestniczek przepracowała swój osobisty temat. Na jednym z warsztatów zaproponowałam sesję clean space (będącą jednym z narzędzi clean coaching, w którym się specjalizuję). Na sesjach indywidualnych dziewczyny pracowały również metodą clean coaching. (więcej o metodzie clean coaching na https://cleancoaching.eu/pl/home/

Warsztaty i sesje odbywały się w naszym pięknym apartamencie z widokiem na morze, ale też na plaży, nawet też w samochodzie (który wynajęłysmy specjalnie by nam się szybciej i bardziej komfortowo podróżowało), czy w naszej ulubionej knajpce na skale przy plaży. Aura taka niezwykle nam sprzyjała i motywowała do wydajnej pracy. Ważne w tego typu wyjazdach jest również to, że tak naprawdę bardzo duży wpływ na nasz rozwój osobisty i postrzeganie życia czy świata mają rozmowy między nami właściwie całodniowe, bo przebywałyśmy ze sobą praktycznie non-stop. Podejmowałyśmy wszelkie możliwe „życiowe” tematy, a zaufanie, którym się obdarzyłyśmy spowodowało, że miałyśmy chęć i odwagę mówić więcej i szczerzej.

Jeśli chodzi o plan zwiedzania, Andaluzja to skarbnica perełek wszelakich. Właściwie to naprawdę trudno było nam się zdecydować co chcemy zobaczyć, a z czego niestety musimy zrezygnować. Zwiedziłyśmy więc takie miejsca jak: Malaga, Ronda, Sevilla, Vejer, park naturalny El Torcal, miasteczko Antequera, ale i okoliczne miasteczka bliskie naszemu miejscu zamieszkania.

Każdy dzień był piękny i niezwykły, ale chyba jeden szczególnie zapadnie nam w pamięć: spotkanie  z polską pisarką, autorką „Levante”, z którą spędziłyśmy cudowny dzień w miejscu, w którym obecnie mieszka: klimatycznym, białym miasteczku Vejer, w którym to też Edyta osadziła niektóre sceny „Levante”.

Przed wyjazdem i w trakcie dbałyśmy o nasze wzajemne kontakty i budowę relacji. Tak bardzo to zbudowałyśmy, że teraz, 2 tygodnie po wyjeździe, nasza tajna grupa na FB jest ciągle „żywa”, brakuje nam naszego śmiechu i rozmów. Moje „Andaluzyjki” dzielą się efektami wyjazdu, jak na przykład takimi:

„Jak juz wiecie wróciłam do pracy pełna gęba i jak juz wam tez mówiłam biorę udział w pracy nad ułożeniem nowego programu nauczania u nas na wydziale. Mnóstwo roboty i wielki projekt 😱. I dzisiaj miałam taki moment ze poczułam sie jak z wami w Andaluzji. Siedzieliśmy przy stole, atmosfera była fajna bo luźna a zarazem produktywna i nagle zdałam sobie sprawę ze tez nas jest 6. I ze jest fajna dynamika grupy i nasza dyrektorka tez jest fajna ( jak nasza Beatka ) i ze tez mamy rożne N. ( Julia dużo gadająca ) i K. ( spokojna i zrównoważona ) i M. ( dusze artystyczna ) tylko E. mi brak bo szósty człowiek w grupie to facet.😂😉. Oczywiście obserwowałam dzisiaj wszystkich i się zastanawiałam jakie maja DNA motywacyjne i czym kierują sie w pracy. Potem przejrzałam archetypy z końcowego warsztatu i tez wszystkich diagnozowałam. Jednym słowem Andaluzja przygotowała mnie do pracy w grupie i mam ubaw po pachy bo siedzę i analizuje. Tym właśnie się chciałam podzielić. Mój nowy rozdział to praca w grupie z fajnymi ludźmi a przecież ludzie dla sojusznika są ważni. „

 „Moje wewnętrzne Ja się uspokoiło, zostało nakarmione, oraz zaspokojone (błogostan). Zaczęłam zauważać ze umiem już powiedzieć NIE i dbam o swoje czy rodzinne interesy bardziej niż wcześniej! Luz się również wkradł do mego życia codziennego i kompletnie przestalam przejmować się ‚bzdurami” życia codziennego, ot są i tyle. Nie „zadręczam” się już wszystkim i nie analizuje! A z rzeczy tutaj miejscowych wiadomo ze nie porównuje, bo tutaj jest inaczej, ale widzę piękno wszędzie! Cieszę się cudna wiosna oraz słońcem, zauważam przemiłych i uśmiechniętych ludzi i doceniam to ze chcą ze mną zamienić kilka słów ot tak 🙂 cieszę się również z polityki tego stanu, w sposób jaki konsumujemy tutaj jedzenie i z kad. ono pochodzi. W ogóle wydrukowałam trochę naszych wspólnych zdjęć, oraz wszystkie z warsztatów, i te najpiękniejsze widoki. Znajda się one wklejone w moim journalu, ponieważ sprawiają mi one niezmierna radość jak na nie patrzę! Tyle w temacie.”

 „Ja od przyjazdu i podjęcia decyzji o wyjeździe do Andaluzji w przyszłym roku to szaleje z pewnością siebie😄. Jakie buty ubrać? Czerwone! A nie pasują do stroju. Nieważne! Chce je ubrać I tyle😄. Jakie ciacho zeżreć? Wszystkie! Na siłownie od przyszłego tygodnia😉. Nie ma Moniki wahającej się, spontan, pewniak i pełnia radości (wiem ze na pogodę wcześniej narzekałam, ale to tak już jak typowy tubylec aby😉).. Jak się czuje tak się zachowuje I musze przyznać ze wielką radochę mi to przynosi (chociaż mój mąż pilnie obserwuje I łazi za mną czekając aż albo w obcego się przeistoczę albo zemdleje mu w ramionach). Ta Andaluzja mnie poważnie z odrętwienia i tych rydz ‚co I jaką rolę przyjąć w społeczeństwie należy’, wyzwoliła😉. ‪Beata Marciniak jeszcze raz dzięki!”

„Dziewuszki moje, no to ja tez mam pierwsze efekty coachingu. Poszłam z „była przyjaciółka” na śniadanie i pożarliśmy się strasznie:). Nasza relacja umierała od półtora roku, sztucznie ja podtrzymywaliśmy i obie nie wiedziałyśmy co z tym zrobić. Gryzło mnie to wiec się usuwałam. Dziś zaczęło się od tego ze ona była zdziwiona ze pojechałam do Hiszpanii bez męża i zaczęła mnie wypytywać czy na pewno w moim związku jest wszystko Ok, No bo jak tak bez chłopa. No wiec jej powiedziałam co myślę o takich pytaniach i zaczęłyśmy sobie wyrzucać nasze gorzkie żale. Potem co prawda rozmawiałyśmy szczerze jak bardzo dawno, ale jest dziwnie. Ona czuje się zraniona, a ja się cieszę ze oczyściliśmy atmosferę, bo teraz albo będzie lepiej albo nie będzie wcale. Sorry ze się tak rozpisałam ale musiałam z kimś się tym podzielić.”

 Po takich wypowiedziach i entuzjastycznym recenzjach nie pozostaje mi nic innego, tylko planować następne Travel Coachingi, bo ja również zyskuję dzięki nim nową energię do organizowania następnych projektów. Zresztą, co ja zyskuję, to jest chyba temat na inny post. Powiem tylko tyle: projekty Travel Coaching zawierają wszystko co dla mnie ważne w życiu i zawodowo i prywatnie i są dla mnie stanem niezwykłego FLOW.

Jeśli chciałabyś zatem droga Czytelniczko tego postu wyjechać ze mną w piękną podróż w głąb swojej duszy i do pięknego zakątka tego globu, skontaktuj się ze mną w sprawie nowych projektów: Na bieżąco informuję o nich na moim fan page na fejsbuku TRAVEL COACHING BEATA MARCINIAK. Możesz też do mnie napisać maila: beata.marciniak@Ymail.com

A tylko uchylę rąbka tajemnicy, że w przyszłym roku 2019 planuję następujące destynacje: PARYŻ, PROWANSJA, FLORYDA, oraz ścieżka spirytualna SANTIAGO DE COMPOSTELLA. Myślę również o Paniach z USA, które nie mogą sobie pozwolić na wyjazd tygodniowy. Dla nich będą wyjazdy weekendowe, już od września 2018.

Spotkajmy się na drodze do lepszego „ja”.

Beata

Christmas and holiday season

Drugi, przedświąteczny dla mnie czas w US. Zmiana. W zeszłym roku pisałam o udekorowanym na święta domu i braku świątecznej atmosfery w sercu. W tym roku zachwycił mnie i zrozumiałam istotę tutejszego „Christmas Season”. Choinki poubierane, domy i całe US ustrojone świątecznie już od nazajutrz po Thanksgiving czyli 4 tygodnia listopada. Święta mamy więc tu na co dzień przez co najmniej 5 tygodni. Ludzie radośni cały rok, to się nie zmieniło, ale i tak jakby radośniejsi… chyba jestem w procesie… amerykanizacji… i jest to dobry proces dla mnie w tym momencie, bo oznacza ciekawość i pełną akceptację świata, miejsca, w którym jestem oraz mojego życia ekspackiego.

W US pierwsze oznaki nadchodzących (no przecież już za parę miesięcy świat) zauważyłam w.. sierpniu! Pojawiały się już w sklepach dekoracje bożonarodzeniowe. Zdecydowanie jednak najwyraźniej widać je nazajutrz po Święcie Dziękczynienia, przypadającym w ostatni czwartek listopada. Wprawdzie nazajutrz po nim przypada Black Friday i ludzie ruszają na wielkie wyprzedaże, ale to jest właśnie początek tego właśnie długiego, właściwego „Christmas and holiday season”. Tak więc zaczyna się kupowanie choinek (w specjalnych punktach lub na farmach gdzie samemu się je ścina), dekorowanie tychże i chwalenie się ich wyglądem w mediach społecznościowych. Dodam tylko, że nie pochwaliłam się swoją bo nie było czym w porównaniu z ogromnymi do nieba w amerykańskich domach. W odróżnieniu od zeszłorocznej, okazałej, żywej, i pozostawionej w samotnym dogorywaniu aż do naszego powrotu ze świąt w Polsce, w tym roku wygrał rozum i udekorowaliśmy malutką, sztuczną, symboliczną. Jedyny „postęp” w dekorowaniu polegał na wcześniejszym, bo z początkiem grudnia udekorowaniem domu i kupieniu oczywiście nowych, z najnowszych kolekcji dekoracji świątecznych (bo przecież już pozapominałam co mam ukryte w garażu z zeszłego roku, no i przecież te łyżwy jak zobaczyłam to nie mogłam się oprzeć i jeszcze paru innym rzeczom 😉 Nic się nie zmarnuje, bo otoczona taaaaaką ilościa spektakularnych dekoracji wszędzie, w naturalny sposób zwiększam powierzchnię dekorowanej powierzchni u siebie i cieszę się nią!.

Powracając do Christmas Season… Z polskiej perspektywy można sobie żartować, że przygotowania do świąt w US trwają tak długo, a same święta tylko jeden dzień. Kiedy Polacy jeszcze świętują, Amerykanie już idą do pracy i wracają do obowiązków oraz wyrzucają choinki. W tym roku natomiast odkryłam, że celebrowanie świąt trwa cały ten czas! Ponad miesiąc. To tak, jakby święta trwały tu miesiąc. Niesamowite. Tak więc na ten moment: na czas jeszcze przed świętami, jestem w swiątecznym nastroju już od miesiąca! Otoczona światełkami i gadżetami na zewnątrz i wewnątrz absolutnie w każdym skrawku tej ziemi. Świąteczne jest wszystko:

 * dekoracje wewnątrz i na zewnątrz domów, by dodać że chyba Amerykanie tak potrafią: od kiczowatych dmuchanych trzymetrowych bałwanków na ogrodzie po niesamowicie stylowe i wyważone cudeńka ,

*kanały w radiu przekształcające się na te tylko z piosenkami bozonarodzeniowymi, cała kolekcja bozonarodzeniowych filmów do wypożyczenia

*rodziny robią sobie specjalne zdjęcia u fotografów „Christmas mini-session”, by potem wykorzystać je w spersonalizowanej kartce świątecznej i wysłać do rodziny i przyjaciół. A propos kartek: jest to w dalszym ciągu bardzo żywa tradycja, wysyła się kartki i je otrzymuje.

*z dziwniejszych rzeczy: widziałam udekorowany świątecznym wianuszkiem … samochód!

*zwierzątka mają swoje ubranka (moja Sibelle również, a co!)

*w firmach bardzo popularne stają się „ugly sweater party”, gdzie chodzi się przez cały dzień w obciachowych, świątecznych sweterkach w stylu Marka Darcy z Bridget Jones

*w sklepach i urzędach już od końca listopada pracownicy żegnają cię słowami „Happy holidays, Merry Christmas!”

*rozdaje się prezenty no mam wrażenie że absolutnie wszystkim! (dzisiaj się dowiedziałam, że nawet panom śmieciarzom)

*ELFY. To najdziwniejsza rzecz, o której się dowiedziałam. Należy adoptować Elfa, taką maskotkę (tak tak, nie kupuje się tylko adoptuje 😉  Owy elf pojawia się w domu zaraz po Thanksgiving, albo w momencie dekorowania choinki i zostaje w nim aż do wigilii Bożego Narodzenia. Elfy mają swoją moc i czar, a także lubią robić psikusy: zmieniają w nocy swoją lokalizację, wchodzą w dziwne miejsca, używają rzeczy domowników etc… Koleżanka, która mi o tym opowiadała, mówiła jak bardzo ma tego dosyć, tego ciągłego wymyślania żarcików elfa.. No ale dzieci wierzą w ich moc i bardzo się przejmują, jeśli elf nie zmieni codziennie miejsca… Tak więc jeśli komuś brak inwencji, zawsze może skorzystać z gotowych pomysłów w internecie 😉

etc.

Kiedyś, ogladając amerykańskie „christmasowe” filmy odbierałam to jako fikcję. Dzisiaj jestem w środku tego filmu i mogę potwierdzić, że tak jest w rzeczywistości. W owych filmach nie ma nic przesadzonego. Oni tak mają. Rozmach.

Stany Zjednoczone to jak wiadomo zlepek różnych kultur i tradycji. Obserwuję pełną akceptację tych kultur i tradycji, sama składam moim najbliższym sąsiadkom życzenia „Happy Hannukah” a one mnie „Merry Christmas”. Znajoma muzułmanka ubiera choinkę, Hindusi przynoszą wyrobione samodzielnie świąteczne ciasteczka. Polacy wymieniają się przepisami, informacjami, gdzie można kupić lub zamówić specjały na polską wigilię. Jest miejsce na duchowość, religię, jest też miejsce na komercję i kicz. Wszystko w spokoju, przy pełnej akceptacji i poszanowaniu inności i przekonań drugiego człowieka.

Podoba mi się tu. Rozglądam się wokół, zaglądam wewnątrz siebie i czuję spokój i radość, wolność i akceptację. W niewielu miejscach na świecie ludzi potrafią tak się nastrajać przez tak długi czas. A zrozumieć to można tylko mieszkając tu, doświadczając tego. Jestem tu i cieszę się tym byciem.

Cudownych, radosnych świąt. Tak, jak chcecie dla siebie.

 

 

IMG_8163

Pożegnanie Wojtusia :(

thumb_IMG_9360_1024

Chcę i uważam za swoją misję opisanie moich emocji towarzyszących chyba najtrudniejszym dniom mojego dotychczasowego ekspackiego życia. Było to kilka dni temu pożegnanie naszego 14-letniego kota Wojtka.

Wojtuś przyleciał z nami w lipcu 2016 roku do US. Podróż w luku bagażowym zniósł bardzo dzielnie. Od początku zauważyliśmy jakoby bardzo szybko się zaadoptował w nowym domu, mówiliśmy, że przeżywa „drugą młodość”. Mądry, piękny kot. Egzotyk, pers. Ulubieniec absolutnie wszystkich. Nasza gaduła, bo odpowiadał zawsze miauknięciem na wszelkie nasze słowa do niego adresowane. Z powodu wyglądu swojej mordki wywoływał uśmiech na twarzy i pozytywne emocje.

W maju tego roku zauważyłam, że jakby troszkę schudł. Poszłam z nim na gruntowne badania, które trwały pół dnia. Weterynarz stwierdziła ze wszystko jest w normie i odesłała nas do domu tylko przepisując nową, specjalistyczną karmę.

Pod koniec lipca pojechałam do Polski, wróciłam 22 sierpnia. Wszystko jeszcze było w porządku. W niedzielę wieczorem 27-go sierpnia zaczęło mi się wydawać, że przestał jeść. W poniedziałek już byłam pewna, że nie je… Zapisałam go na wizytę do naszej kliniki weterynaryjnej w Princeton. Była środa. Po przebadaniu okazało się, że ma niewydolność nerek. Stan ciężki. Zadzwoniłam do męża (który przebywał wtedy w Barcelonie i miał wrócić nazajutrz) z tą wiadomością. W głowie na tym etapie miałam jeszcze tylko pytanie „Jak wyleczyć Wojtka i gdzie?”. Poprosiłam doktor by jeszcze raz wszystko objaśniła męzowi przez telefon bo może jednak ja czegoś może nie zrozumiałam z języka medycznego. Wtedy jak rozmawiała z mężem usłyszałam to okropne słowo EUTANASIA… Wzięłam słuchawkę do ucha… Piotr płakał…. zapytał czy potrzebuję kilku minut na podjęcie decyzji czy go leczymy dalej czy usypiamy…. Odpowiedziałam, że te kilka minut mi nic absolutnie nie da. Powiedziałam lekarce, że chcę teraz pojechać do szpitala dowiedzieć się na miejscu i skonsultować stan Wojtusia z innym lekarzem. Pojechałam oczywiście cała zaryczana.

Lekarka w szpitalu NORTHSTAR VET w Robinsville NJ, na spokojnie wszystko mi wyjaśniła. Potwierdziła, że stan Wojtka jest bardzo ciężki i że jest mu potrzebna hospitalizacja. Potwierdziła, że w obecnym stanie mamy 2 opcje: pobyt w szpitalu około 4 dni bez gwarancji wyleczenia (koszt między $1800 a $3500) lub eutanazja…  Spytałam, czy jest możliwość podania kotu środków przeciwbólowych i poprawienie mu komfortu przez noc do momentu podjęcia decyzji. Wcześniej ustaliliśmy z Piotrem, że po jego przylocie pojedziemy z Wojtkiem natychmiast do szpitala i podejmiemy decyzję (Piotr wracał z Barcelony nazajutrz ok 13.30).

Zabrałam Wojtusia do domu na tę noc. W nocy przyszedł jeszcze do mnie i wskoczył na łóżko ok. 2h. Zaczęłam z nim rozmawiać tak przez łzy… On mi odpowiadał.. Tak jak zawsze on… Zasnął na łóżku, a ja potem zaczęłam czytać w necie różnego typu artykuły, między innymi o usypianiu zwierząt. O doświadczeniach innych i o tym, jak to wygląda. Przeczytałam dużo. Naprawdę bardzo mi to pomogło, a najbardziej takie zdania: „Kochać zwierzę, to też nie pozwolić mu cierpieć”, „Lepiej podjąć decyzję wcześnie, niż o godzinę za późno..”, „Oceń dobrze czy nadszedł już ten ostatni rozdział życia twojego zwierzaka”. Wybrzmiewało mi od tej pory tylko „Nie pozwól mu cierpieć”.  Kiedy widziałam w nocy Wojtka jeszcze skaczącego na łóżko byłam pewna, że odzyskał trochę siły i poczekamy na Piotra. Kiedy jednak obudziłam się rano i spojrzałam na jego brak siły i ogólną formę, podjęłam decyzję właściwie w jednej sekundzie. Zaczęłam myśleć kategoriami zabezpieczenia komfortu ostatnich chwil mojego zwierzęcia a NIE zabezpieczeniu swoich emocji i strachu przez podjęciem decyzji, byciem kompletnie samą w domu w tej sytuacji etc. Przez chwilę myślałam czy Piotr nie będzie na mnie zły, że nie dałam mu możliwości zobaczenia Wojtka po raz ostatni… ale były to tylko chwile tego typu wątpliwości. Patrzyłam na Wojtusia i wiedziałam już, że on na mnie liczy. Że nie chce już cierpieć… To było okropnie trudne… Okropnie trudne było zadzwonienie do syna (przebywającego w Warszawie) i oznajmienie mu tej decyzji… Trudne, bo to był zawsze przede wszystkim jego ulubieniec, to on wybrał dla niego imię i to dla niego był Królem. Syn zrozumiał, przyjął to nawet ze spokojem. Mnie to też po części uspokoiło.   Okropnie trudne było też podjęcie decyzji w której minucie mam go włożyć w transporterek i wyruszyć w drogę do szpitala… Patrzyłam, by dał mi jakiś znak. A on jeszcze wyszedł taki słaby na ogródek i położył się na trawie.. dałam mu tę chwilę, weszłam do domu.. Wróciłam za chwilę, on już leżał słabiutki w innym miejscu i wtedy go wzięłam na ręce.

Weszłam do szpitala oczywiście cała we łzach.. to już był 3 dzień ryczenia. Powiedziałam, że byłam wczoraj i wracam z decyzją o eutanazji. Kiedy to słowo przechodziło przez moje gardło pogarszało tylko mój ogólny stan ryczenia. Płakałam głębiej i mocniej. Recepcjonistka z empatią powiedziała „That’s OK!!”. Wszystko to, co działo się póżniej było tylko potwierdzeniem najwyższej empatii i profesjonalizmu podejścia do zwierzęcia i jego właściciela. Recepcjonistka zaprowadziła mnie i Wojtka do tzw. family room – przytulnego pokoiku z miękkimi sofami. Za chwilę przyszła pani doktor… zapytała czy to Woytek… na to pytanie oczywiście znowu się rozpłakałam… podeszła do mnie, złapała mnie za rękę, powiedziała coś do Wojtusia a potem do mnie następujące zdanie: „Czyli POMOŻEMY dzisiaj Wojtkowi odejść.. tak?”. Potem zapytała czy chcę być przy ostatnim zastrzyku.. Nie wiedziałam.. Zaproponowała, że wszystko mi opowie jak to wygląda, bo prawdopodobnie pomoże mi to podjąć decyzję. Mówiła, że to trwa naprawdę kilkanaście sekund, że zwierzę nie cierpi i potem wygląda, jakby spało… Pomogło. Postanowiłam być z Wojtusiem do końca. Następnie zabrała go do innego gabinetu. W międzyczasie przyszła młoda dziewczyna z obsługi, by zapytać co robimy z ciałem.. Zdecydowałam się na prywatne skremowanie i przysłanie mi do domu prochów Wojtka. Zaproponowała, że przyjmie teraz ode mnie płatność za wszystko, żebym potem już mogła tylko spokojnie wyjść… i pokazała mi EXIT z tego saloniku „kiedy już będzie po wszystkim…”. Taki niesamowity szczegół w tej całej sytuacji… EXIT z tego pokoju wychodził bezpośrednio na parking! Zadbali o to, by człowiek, który dopiero co stracił zwierzaka nie musiał przechodzić z powrotem przez recepcję, między innych pacjentów, innych ludzi….

Potem ktoś jeszcze przyszedł i przyniósł mi kopertę „For you and your family”.. W środku był list od Pet Loss Support, takiego wsparcia dla ludzi tracących zwierzęta, z propozycją spotkania w razie zapotrzebowania. Była też broszurka wyjaśniająca wszelkie stadia całego procesu choroby i utraty zwierzęcia, wyjaśnienie wszelkich możliwych reakcji temu towarzyszących, usprawiedliwienie ich… pomoc w ich zaakceptowaniu i przeżyciu… Inna broszurka wyjaśniająca jak sobie pomóc w żałobie i jak bardzo jest ważne, aby nie zaprzeczać własnym emocjom. Jeśli odczuwam ból, to NIE zaprzeczać temu. Dać bólowi przepłynąć. Zmierzyć się z nim.

Póżniej przyszedł inny pracownik i przyniósł mi Wojtka owiniętego całkowicie w kocyk. Wystawała mu tylko główka.. Powiedział, że mogę z nim posiedzieć ile tylko chcę w tym pokoju (ciągle tym samym, nigdzie przez ten czas nie musiałam się ruszać z sofy), a kiedy będę gotowa, wystarczy tylko podnieść słuchawkę od takiego domofonu i wcisnąć zero. Nie muszę nic mówić, pani doktor będzie wtedy wiedziała, że ma przyjść.

Trzymałam tak więc w ramionach Wojtusia naszego i tak sobie rozmawialiśmy. Podziękowałam mu za wszystko, co wniósł do naszego życia… Rozmawiał ze mną do samego końca, już taki słabiutki… I znowu nie wiedziałam kiedy podjąć decyzję o podniesieniu słuchawki… 😦 Patrzyłam ciągle na zegarek, w końcu postanowiłam, że to ten moment… Przyszła Pani doktor… Jeszcze raz podziękowała mi cichym, empatycznym głosem, jak bardzo docenia to, że potrafiłam ocenić w jakim Wojtek jest stanie.. Nie muszę dodawać, że mi łzy nie przestawały lecieć… ona mnie trzymała za rękę. Mimo, że byłam sama, to nie byłam sama…  I wtedy odkryła kocyk, Wojtek jeszcze zdążył wstać, a ona podała mu pierwszy zastrzyk usypiający. Wojtuś zasnął z wyciągniętymi tak łapkami. A potem wytłumaczyła, że za chwilę poda ostateczny zastrzyk zatrzymujący akcję serca.. Serduszko Wojtusia natychmiast się zatrzymało… Odszedł na tęczową polanę w spokoju, w moich ramionach i bliskości. Przestał cierpieć. Znowu moje łzy i szlochy się nasiliły… Pani doktor spojrzała na Wojtka i jeszcze raz powiedziała, jaki to piękny kot… i zapytała, czy ma go zabrać czy jeszcze chcę z nim posiedzieć… Chciałam, by go zabrała. Ona go podniosła, i odwróciła do mnie, a ja pocałowałam go w główkę i powiedziałam Pa pa Wojtuniu… Już się nie odezwał, ale tak, jakbym słyszała na końcu jego „Miau”.

Pojechałam do domu, gdzie czekała na mnie tylko moja yorczka Sibelle (na szczęście jeszcze nam została). Po południu przyjechał Piotr i płakaliśmy razem jeszcze przez 2 dni. Potem opowiadałam to wszystko kilku bliskim osobom i oczywiście płakałam.

Mija kilka dni i myślę sobie, że energia naszego Wojtusia jest ciągle z nami. Był to członek naszej rodziny i nic tego nie zmieni. Jego prochy zostaną postawione w naszym domu i będą się z nami wszędzie przeprowadzać.

Myślę też sobie, jakie miałam szczęście trafić w tym trudnym momencie do niesamowitego szpitala pełnego przecudnie empatycznych ludzi, a nade wszystko pani doktor. Analizując to wszystko widzę, jak każdy gest, każde słowo, każdy element całości tej smutnej procedury był przemyślany, z największym poszanowaniem odchodzącego zwierzęcia i towarzyszącemu mu właściciela. Czułam się w każdej minucie zaopiekowana i zrozumiana. Czułam się bezpiecznie, czułam, że Wojtuś odchodzi z godnością.

Dzisiaj przyszła kartka ręcznie wypisana przez panią doktor usypiająca Wojtusia. Tekst na kartce: „With deep sympathy, in this time of loss and sadness, may your heart be filled with wonderful memories of love” . Dziękujemy Pani Doctor przez duże D. Niezwykła kobieta, niezwykły człowiek. Jutro zrobię to samo: wyślę jej ręcznie wypisaną kartkę z podziękowaniami.

Doświadczenie to było pierwszym tego typu w moim życiu, gdy musiałam podejmować decyzję o uśpieniu mojego zwierzęcia. Teraz wiem z całą pewnością: biorąc małego pieska czy kociaka, jako jego Pani jestem odpowiedzialna za jego komfort życia od malutkiego do samego końca, do ostatniego rozdziału… i teraz wiem, jak niezwykle wielka odpowiedzialność spoczywa na mnie za jego godną śmierć. Wojtuś zasnął godnie. Nie pozwoliłam mu długo cierpieć.

Beata

P.S. Napisałam ten post, bo być może kiedyś te myśli komuś pomogą tak, jak mi pomogło kilka tekstów wyczytanych w internecie.

 

 

 

 

Więzienny Raj

Jamajka to był nasz wspólny wybór, Piotra i mój, a właściwie bardziej mój, bo chciałam zobaczyć i doświadczyć jak to jest na Karaibach. Piotr znalazł super ofertę na Jamajkę, więc z entuzjazmem zarezerwowaliśmy tygodniowy pobyt w świetnym resorcie Sandals. Sandalsy wygrywają we wszelakich rankingach obsługi klienta i teraz już wiem dlaczego. Akurat ten, w którym my byliśmy był jednym z mniejszych, skrojony na miarę przyjeżdżających par celebrujących tu swój miesiąc miodowy lub rocznice ślubu. My celebrowaliśmy po prostu wakacje.

Wyjeżdżałam na te wakacje z gorączką i okropnym samopoczuciem. Czułam się fatalnie! Bezpośredni lot z Filadelfii trwał 3,5 godziny, po czym transfer do hotelu z jamajskiego lotniska około 2 godzin.  Od razu przypomniały mi się obrazki z transferu w Kenii: biedna, bardzo biedna okolica, zaniedbane drogi.

Dotarliśmy do hotelu, pięknie przywitani i zakwaterowani. W międzyczasie mnóstwo ludzi nas pozdrawiało i życzyło nam przyjemnego pobytu. W związku z moim naprawdę fatalnym samopoczuciem, nie byłam w stanie nawet się uśmiechać, a co dopiero wdawać w jakieś kurtuazyjne konwersacje. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy, bo tylko to mi pomagało. Potem wieczorem nie byłam nawet w stanie wyjść na kolację. Zdawałam sobie sprawę z tego, jak mogę być postrzegana z zewnątrz przez tych przemiłych ludzi, ale naprawdę było mi to obojętne. Nie mogłam nic z tym zrobić bo nie miałam zapasu energii na wydatkowanie na uśmiechy i wydawanie z siebie głosu. Moja energia starczała tylko na oddychanie! Paskudne uczucie! Powiedziałam nawet Piotrowi, że wiem, co ludzie sobie myślą w związku z moją miną, a on tylko potwierdził, że rzeczywiście wyglądałam jak, cytuję „Rozkapryszona żona Hollywood” -:) -:)

Następnego dnia, świadoma zmarnowanego poprzedniego wieczora, niemocy zrobienia czegokolwiek i cieszenia się z wakacji, wstałam o 6 rano i poszłam od razu na spacer. Wydawało się, że jest mi ciut lepiej. Moja wydolność wzrosła o 10% a to już dużo! Ucieszyłam się ze słońca, cudnego koloru wody, białego piaseczku i iście katalogowych widoków. Lubię, jak rzeczywistość nie jest przereklamowana i obkolorowana, a człowiek w zderzeniu z nią nie doznaje szoku niedowierzania, frustracji i rozczarowania.

Jedna rzecz tylko z poprzedniego wieczora utkwiła w mojej pamięci, mianowicie rada naszej kamerdynerki, że najlepiej poruszać się tylko po terenie resortu, wychodzić można tylko na własną odpowiedzialność. I doświadczyłam tego już podczas owego porannego spaceru, kiedy po przejściu 800 metrowej naszej plaży okazało się, że muszę podpisać strażnikowi zgodę na samodzielne opuszczenie naszego hotelu. Podpisałam i poszłam dalej, bo dalej był teren następnego hotelu. Przeszłam następne 800 metrów. Skończył się teren następnego hotelu i nie odważyłam się jednak pójść dalej, zgodnie z ostrzeżeniami. Nie będę przecież zgrywać twardzielki i udawać, że się nie boję, tym bardziej, że szłam sama. Tak więc powoli zaczynałam rozumieć na czym polega odpoczynek w tzw. „bananowej republice”.

Plaża NEGRIL, przy której usytuowany był nasz hotel nosiła szumnie nazwę „7 mile beach” i jest uznawana za jedną z najpiękniejszych plaż na świecie. I co z tego!? Skoro nawet nie można się się po niej na całej długości przespacerować.

Z związku z ciągle moim słabym samopoczuciem zostaliśmy na terenie hotelu jeszcze 2 dni. I to wtedy właśnie zaczęłam mieć przemyślenia, że obszar w którym jestem to takie akwarium dla złotej rybki. Pływasz sobie od ścianki do ścianki, masz je pięknie urządzone, dają ci jeść, obsługują, rozpieszczają.. a ty ciągle tylko możesz pływać od ścianki do ścianki!!! Wtedy też powstała moja nazwa na to: „Więzienny Raj”. Dla kogoś, kto kocha wolność i swobodę nie jest to przyjemne uczucie.

Czwartego dnia wyruszyliśmy w końcu w plener na wycieczkę. W planach wchodzenie po skałach w górę Ocho Rios, trochę ekstremalnie, ale współpraca w grupie i trzymanie się za ręce bardzo pomagało. Potem było pływanie z delfinami. Od wielu lat na mojej liście podróżniczych marzeń. Niestety w związku z wzrostem świadomości i przeżyć związanych z obserwacją zwierząt na wolności, realizacja tego marzenia była trochę zagłuszona pewnymi wątpliwościami czy jest to słuszne. Słuszne nie jest. Jest to jedna z tych rzeczy, które zrobiłam ostatni raz w życiu z pełną świadomością. Odkąd widziałam słonie w Kenii na wolności, a potem zobaczyłam je w Zoo w San Diego i się popłakałam – nie chodzę do Zoo. Podróże kształcą. Podróże uwrażliwiają. Umacniają w przekonaniach i wartościach. Jedną z moich największych wartości jest wolność. Dla wszystkich na tym świecie.

Podczas wycieczki poznałam trzy ciekawe kobiety: Australijkę, podróżującą (samotnie!!) po Jamajce (ale tylko 3 dni), dla której była to już 57 światowa destynacja, około 40-letnią Kanadyjkę dla której była to pierwsza podróż w życiu (nie licząc, jak to sama powiedziała wypadu na Black Friday do US 😉 oraz pewną starszą Amerykankę, która uświadomiła wszystkich, że mamy w US telewizję dla psów! Tak tak! Nie telewizję O psach… tylko telewizję DLA psów. Wieczorem rzuciłam się do oglądania i sprawdzania co tam proponują… szok…nawet relaksacje dla psów są! -:)

Przed każdym wyjazdem prywatnym staram się planować około 60-80% czasu. Resztę zostawiam na to, czego nie wiem i co spotka mnie na miejscu, a ja z radością z tego skorzystam. W tym przypadku zostawiłam nawet więcej czasu niezaplanowanego, gdyż chciałam skorzystać z jakichś wycieczek krajoznawczo-kulturowych. Lubię wtapiać się i poznawać ludzi i kulturę tego kraju. Niestety, jak wielkie było moje rozczarowanie, kiedy odkryłam, że takich wycieczek po prostu nie ma w ofercie, a prywatnie taksówką nie można ryzykować. Bardzo trudno mi było się z tym pogodzić na tyle, że wiłam się z myślami i kombinowałam jakby tu sprytnie dostać się do innego akwarium.  Jedyną rzeczą, którą wymyśliłam i była bezpieczna to dostanie się taksówką do innego resortu Sandals, oddalonego o ….. 5 minut! Pojechałam sama, bo Piotr był w tym czasie na nurkowaniu (mój certyfikat PADI leży głęboko w szufladzie, po nieprzyjemnym poprzednim nurkowaniu na Gran Canarii, jeszcze nie oczyściłam umysłu). Szczerze powiedziawszy tak nas wszyscy nastawili, ze jest niebezpiecznie i nie warto jeździć samemu, ze mój mąż nawet się zastanawiał czy by nie towarzyszyć mi w tej taksówce! Nie daliśmy się ogłupić. Pojechałam (nawet przezyłam 😉 zabrałam Nikona i nastawiłam się na fotografowanie. Plaża i przestrzeń w tamtym resorcie okazały się rajsko piękne i fotogeniczne. Spędziłam cudny czas, przyzwyczaiwszy się juz poniekąd do obecności strażników, co chwilę wypytujących co ja tutaj robię i pilnujących mojej ścieżki. Dokładnie widziałam, jak przekazują sobie krótkofalówkami moją obecność i pilnują, bym za daleko nie zaszła. Starałam się ich nie zauważać i cieszyć się wewnętrznymi przeżyciami.

Po tych kilku dniach poddałam się i juz nie szukałam innego akwarium. Cieszyłam się swoim, przyzwyczaiłam się do niego. Miałam świadomość, że to „tylko” tydzień i dobrze jest czegoś takiego doświadczyć. Kiedy ludzie mówią, opowiadają i doradzają to i owo, nie zawsze z ich rad korzystam. Bardzo lubię doświadczać sama i przekonywać się na własnej skórze. Jamajki nikt mi wcześniej nie przedstawił jako „więziennego raju”, stąd może trochę moje zaskoczenie na początku. Teraz już wiem czego się spodziewać. I chyba moje największe zaskoczenie myślowe to takie, że nie odrzucam tajich destynacji na przyszłość! Widziałam, jak bardzo była potrzebna Jamajka Piotrowi i z tego się bardzo cieszę, że maksymalnie odpoczął. „Więzienny raj” obrócilismy w żart, zaczęliśmy sami z siebie się nabijać, a moje początkowe rozczarowanie przeradzać się w dobre samopoczucie, chyba też związanie z odzyskiwaniem zdrowia.

Najbardziej żałuję tego, że nie mogę powiedzieć i odpowiedzieć na pytanie „Jak jest na Jamajce? Jaka jest Jamajka? Jacy są ludzie?”. Widziałam i obcowałam jedynie z tym i z tymi, którzy byli na terenie resortu: z obsługi i plażowi handlarze. Bardzo przyjemni i troskliwi ludzie. Bardzo pozytywne dla mnie było to, że plażowi handlarze nie byli nachalni, ani nagabujący. Nie podchodzili do leżaka by coś sprzedać. Po prostu przechodzili bez słowa i nie zapraszani nie ingerowali w odpoczynek.

Na terenie hotelu był pewien animator, typu „klaun”. Opowiadał różne śmieszne historyjki. Kiedyś zaczęła się dyskusja o tym, ile można w danym kraju mieć „promili we krwi” by móc według prawa jechać samochodem. Zaczął nam opowiadać jak to na Jamajce można wypić beczkę piwa i prowadzić samochód, paląc jeszcze przy tym trawę. Oczywiście zaczęliśmy się śmiać z tego. Obserwująca naszą grupkę z boku pewna młoda Jamajka krzyknęła do nas byśmy go nie słuchali, że tak nie jest. Potem jeszcze raz podeszła do nas i powtórzyła, by go nie słuchać. Pomyślałam sobie, jak ja bym zareagowała i reaguję, gdy ktoś opowiada takie „głupoty” o moim kraju. Tak samo. Robię dementi.

Tydzień na Jamajce był pomimo wszystko wspaniałym tygodniem dla mnie. Pozornie plażowe wakacje dały wiele przemyśleń, wiele wewnętrznych obserwacji, dwie przeczytane książki, kosztowanie smacznych specjałów, obcowanie z przesympatycznymi ludźmi, piękne otoczenie i kolory…  dolce farniente. Cieszę się, że mogę doświadczać różnego typu wypraw i pobytów. Teraz mam nieodpartą ochotę na jakiś park narodowy USA. Ale pewnie wcześniej będą moje mikro wyprawy po New Jersey i Pensylwanii, wyjazd na szkolenie do San Diego, w Kalifornii.

Ucieszyło mnie to, że powrót do Pennington był niczym nie zakłóconą kontynuacją entuzjazmu ekspackiego życia. Jeszcze ciągle ekscytującego i w miarę świeżego. Od roku mam uczucie przebywania na tzw. pół wakacjach.

Jestem z dala od doradzania czy odradzania komukolwiek czegokolwiek. Wiem, że Jamajka może jest wielkim czyimś marzeniem, i wiem, że warto by je spełnić. Jako mała dziewczynka dostałam od rodziców gramofon i płytę winylową zespołu Goombay Dance Band z ich przebojem „Sun of Jamaica”. Wtedy, gdy tego słuchałam, Jamajka była jakąś abstrakcją, jakimś „kosmosem”. A podczas pobytu włączylismy sobie to z Piotrem i podśpiewywaliśmy będąc właśnie tam. Kosmiczne uczucie!! -:)

 

thumb_IMG_3727_1024

 

 

 

 

 

Cztery pory roku.

thumb_IMG_1548_1024Mija 10 miesięcy pobytu w US. Zaczynam doświadczać czwartej pory roku.  Dokładnie rok temu o tej porze przygotowywałam się do tygodniowej familiarization trip, której celem głównie było pierwsze zapoznanie się z regionem i znalezienie lokum. Wszystko zrealizowane zgodnie z planem.

Powracam do skrótowego opisu czterech pór roku bo teraz już mogę mieć jasny na to pogląd. Oczywiście nie chodzi tylko i wyłącznie o pogodę ale też pogodę ducha 🙂

LATO

Kiedy przyjechałam w lipcu zastały mnie ogromne upały (35-40 stopni) i duża wilgotność. Ja, kochająca słońce i ciepło po 2 takich miesiącach miałam serdecznie dosyć!! Trudno wytrzymać kiedy w domu chodzi non-stop zimna klimatyzacja a na zewnątrz nie da się normalnie funkcjonować. Lato było dla mnie pierwszym odkrywaniem wszystkiego: pogody, sąsiadów, sklepów, jedzenia, administracji, możliwości. Było dla mnie niejasną sytuacją zawodową i rozpakowywaniem przez miesiąc rzeczy, które przyszły z polskiego domu. Było przyjemnie, było jak na wakacjach cały czas.  Lato to również było brutalne zderzenie się z rzeczywistością językową i zdziwieniem, że jednak ich nie rozumiem!! Okropne uczucie, kiedy tracisz swój autorytet. Koszmar. Zaczęłam czytać po angielsku świetną książkę Jhumpy Lahiri „In other words” opowiadającą o zmaganiach amerykańskiej popularnej pisarki z komunikowaniem się w języku włoskim. To jest książka tylko o tym. Jak to jest uczyć się języka, jak to jest przeżywać różnego rodzaju rozterki wynikające z wciąż niewystarczającej znajomości. Polecam bardzo. Językowo to był dla mnie czas „nieperfekcyjny”. Byłam zdenerwowana tą sytuacją.

Lato to także pierwsze nowe znajomości, głównie ze środowiska ekspackiego i sąsiadek.

Lato to odkrycie bliskości pięknej przyrody, oceanu i najbliższych okolic.

JESIEŃ

Jesień pogodowo to było najprzyjemniejsze zaskoczenie. Bardzo dużo słońca, niesamowite kolory drzew i roślinności. Przy tym ciepło. Bardzo. W pażdzierniku byłam jeszcze na plaży nad oceanem. Listopad w porównaniu z zawsze najgorszym pogodowo miesiącem w Polsce tutaj był przepiękny!! Przesiadywaliśmy często na naszym uroczym tarasiku, który jest tak niesamowicie zorientowany, że zawsze jest tak takie mini-solarium. Uwielbiam! Jesień o był zachwyt nad zachwytami. Przyroda była nieziemska, nie mogłam się wprost napatrzeć!  Kiedy nadszedł grudzień, a słońce jeszcze tak mocno świeciło, to aż trudno było myśleć, że za chwilę święta.

Zawodowo, był to bardzo spokojny czas, głównie zajmowania się tłumaczeniem książki o clean coachingu z francuskiego na polski.

Towarzysko zaczęłam poznawać więcej Polonii Amerykańskiej, wśród której moją cudowną Elizabeth, zwaną potem Matką Założycielką. (wyjaśnienia w zimie).

ZIMA

Mieszkając w Polsce napatrzyłam się na relacje tv z nowojorskich zim, i okrutnych mrozów tak, że naprawdę przygotowywałam się na podobny scenariusz. Powiem szczerze, że nawet miałam nadzieję doświadczyć tak srogiej burzy śnieżnej, że już sobie wyobrażałam jak nie damy rady wyjść z domu przez 3 dni 😉 Tymczasem najgorsze mrozy przeżyłam podczas świątecznego pobytu w Polsce. Po powrocie do amerykańskiego domu w styczniu zimy nie było widać. Były nawet dni, które bardziej przypominały wiosnę, a temperatura dochodziła do 20 stopni! Wszyscy jednak mówili, że ta zima, jesień i lato były wyjątkowe i nietypowe.  Zima przyszła i burza śniegowa też na początku marca. Ubawiłam się prognozami i ostrzeżeniami i ogromnej burzy całodobowej, obserwowaniem jak Amerykanie wykupują wszystko ze sklepów i odwoływaniem zajęć w szkołach i sugerowaniem pracy z domu. Mój mąż pojechał jednak do pracy następnego dnia i był…jedyny w kilkutysięcznym biurze! Śnieg jak śnieg, kto mieszka w Polsce wie jak to wygląda i na widok tego co tutaj się zadziało nie zdziwił by się zbytnio. Owszem, spadło trochę więcej śniegu i padało przez parę godzin, a potem były duże zaspy, ale jak tylko opady się zakończyły, na naszym osiedlu błyskawicznie wszystko odśniezono, łacznie z naszym chodnikiem pod drzwi. Zrobiło to na mnie wrażenie.

Zima, a głownie od drugiej połowy stycznia i dzięki temu, że Matka Założycielka zorganizowała spotkanie 4 Polek u siebie w domu w Filadelfii, utwierdziła mnie w przekonaniu, że powinnam kontynuować zawodowo ścieżkę coachingowo – trenerską wśród Polonii.  Wspomniane spotkanie to przede wszystkim ukonstytuowanie tzw. Zarządu, z Matką Założycielką na czele (czyli grupy wsparcia 5 Polek). Mam do nich pełne zaufanie, cieszę się zawsze na spotkania i czuję pełną bliskość bratnich dusz na obcej ziemi. Jeśli chodzi o życie towarzyskie to kwitnie jak kwiatki na wiosnę.

Zawodowo tak jak wspomniałam, utwierdziłam się w przekonaniu swojej drogi, którą chcę pójść. Zaczęłam sprzedawać (a właściwie wyprzedawać) książkę. Sprzedałam do końca nakład tak, że zabrakło „towaru” i świeciłam oczami na zapytania. Dodruk został zamówiony, ale musiałam na niego czekać 2 miesiące.

WIOSNA

Pytałam tubylców jaka tutaj jest wiosna. Mówili, że dla nich to najgorsza z tutejszych pór roku. Nie przychodzi szybko, jest zimno i w ogóle. Zapomniałam, że nie mają porównania z Polską 😉 Tak, owszem, drzewa były dosyć długo jeszcze łyse, ale temperatura dość szybko się podniosła. Były spore ciągle skoki temperatur i nawet przyszło już lato. Rozchwianie kompletne. Marzec był najbrzydszym zdecydowanie tutaj miesiącem, który przeżyłam, ale jednak to i tak luksus jeśli porównamy to, co działo się w Polsce.  W momencie, gdy wszystko zakwitło nie mogłam przestać się zachwycać barwami kwitnących drzew i krzewów. Kolory, których nigdy do tej pory nie widziałam.

Wiosną przylecieli rodzice z pierwszą wizytą i jest to bardzo przyjemne uczucie gościć ich tutaj i obserwować ich radość odkrywania i zwiedzania 🙂

Zawodowo się rozwijam, buduję swoją markę, zaczynam być zapraszana tu i ówdzie z książką i na warsztaty. Cieszy mnie to niezmiernie. Jestem tu potrzebna.

Dużo się dzieje. Przeżywam tyle pozytywnych emocji związanych z tym życiem tutaj, że zaczęłam mieć kłopoty ze snem 😦 Czas tu płynie bardzo szybko i nie potrafię tego logicznie zinterpretować.

W temacie angielskiego po 10 miesiącach już nie czuję złych emocji. Rozumiem już tubylców!!! Zaczynam czynić plany ukończenia certyfikowanego amerykanskiego kursu coachingowego i nabycia kompetencji pracy w tym języku. Nabieram pewności językowej i jest to piękne. Jestem dumna ze swojego akcentu i w przeciwienstwie do francuskiego, który pozostanie dla mnie językiem serca w przypadku angielskiego akceptuję to, że pozostanie dla mnie językiem operacyjnym i nie muszę mieć ambicji mówienia bez akcentu. Myślę, że dobrze być językowcem, mieć świadomość pewnych mechanizmów i świadomość tego, jak człowiek uczy się języka i że do tego potrzeba czasu. No chyba, że ktoś jest geniuszem językowym, Ja nie jestem. Mówię w tej chwili 4 językami, ale jeden wynikł z drugiego i była to i jest codzienna praca i kontakt z native’ami. Z tego też powodu jestem tu pewnym „zjawiskiem”, bo wiadomo, że ludzie tu aż w tak wielu językach nie mówią 😉

Życie ekspackie jest przyjemne. Po prawie roku czuję, że chcę jeszcze i jeszcze. Z drugiej strony, tu i teraz czuję największe spełnienie i szczęście w moim życiu. Tak jeszcze nigdy do tej pory nie miałam. Przeżywam też swego rodzaju „kryzys”, bo ciągle mam problemy zdefiniowania sobie, czy ja ciągle jestem na wakacjach. Myślę, że tak, że są to takie wakacje w tej chwili, taki stan szczęśliwości. Kiedy skończy się taki stan umysłu i już się tutaj zasiedzę, to wtedy pomyślę, że już czas na zmiany. Na razie nie! Jest lepiej niż dobrze 🙂

Beatathumb_IMG_1548_1024

Mam mętlik w głowie.

Nowy Jork – miasto mojej kompletnej dezorientacji, tak bardzo wywołujące skrajne emocje, że czasami śni mi się po nocach. Kocham je i nienawidzę. Nienawidzę i kocham. Dziwi mnie i zadziwia. Wszystkim odradzam, a jednocześnie wiem że trzeba, no trzeba to wszystko zobaczyć. I niech będzie, że nazwę to miasto stolicą świata, bo drugiego takiego ziemia nie widziała! (Chyba, że Las Vegas 🙂

Czego nie znoszę w NYC?

A) Ludzi!!!! Caaaaaałe tabuny dzikich turystów na Manhattanie i wszyscy na 5th Avenue, tak, jak gdyby nie było innych ulic! Kiedyś pomyślałam jak fajnie, gdyby choć na jeden dzień wszystkich jakieś tornado wymiotło, to bym spokojnie wyrobiła sobie zdanie co do moich uczuć i się tego trzymała. Niestety to tylko jakieś moje niezręczne wizualizacje 😉

B) Letni smród i śmieci na ulicach. Koszmar i bez komentarza!

C) Hałasu: trąbienia taksówek, ciężarówek, ludzkich odgłosów co w ilości 100 sztuk na m2 naprawdę robi efekt!

D) Korków!! Korki samochodów, korki przed tunelami, korki pieszych na ulicy!

E) Cienia. Brak słońca, bo drapacze chmur naprawdę drapią chmury i światło się nie przedostaje.

F) Cen (okropnie wszystko drogie, okropnie!)

G) Szwędania się w okresie „christmasowym” bo znowu tabuny ludzi i korki na chodnikach tychże. Byłam oczywiście z rodzinką (a jakże!), ale ukrytym celem było sprawdzenie czy Kevin sam…. 🙂 🙂 Kevina nie było, ale misja wykonana!

H) Lotniska JFK – najgorsze lotnisko na świecie (wyjazdowo i przyjazdowo). Dojechać z Pennington normalnie można by było w 2 godziny. Ale nie można przecie zapomnieć, że nie jest normalnie, więc zakładać trzeba co najmniej 5 godzin zapasu.  Przylecieć i nie mieć statusu rezydenta równa się z koszmarem stania w kolejce do immigration co najmniej godzinę. Ostatnio lotnisko sparaliżował centymetr śniegu. Ludzie z Polski wylądowali i … czekali na płycie lotniska parę godzin zanim mogli wysiąść z samolotu. Koszmar! W rezultacie tego incydentu, samolot, który mnie osobiście miał zabrać z powrotem do US nie przyleciał do Warszawy i lot był anulowany. Wróciłam później i… muszę oddać cześć immigration, bo po raz pierwszy czekałam na wpuszczenie tylko 10 mn 🙂

Co kocham w NYC?

Możliwości! I już jak to piszę to uśmiecham się sama do siebie, bo przypomina mi się to,  czego w trakcie 7 pobytów w tym mieście doświadczyłam:

A) Broadway (Król LEW aaaahhhh!!!! wszystkim polecam i polecać będę, w razie czego można się do mnie zwrócić po zwrot ceny za bilet 🙂 (ŻARTOWAŁAM:)

B) Miejsca tzw. słynne, bo jednak uważam za duży przywilej mieć w sercu widok na miasto z Empire State Building czy stanąć w absolutnym wzruszeniu przy Memoriale 09/11

C) Widok na Manhattan od strony Jersey City (to jest dla mnie najbardziej „bezpieczny” kontakt z NYC: widzę z bliskiego ale jednak daleka, nie mam fizycznego kontaktu i podziwiam)

D) Ludzi (wiem, było też w części o nielubieniu). W tym punkcie chodzi mi o całą niesamowitą mieszankę różnych kultur. Kiedy jestem i słyszę wokół siebie wszystkie języki świata, obserwuję wszystkie kolory skóry, różne ubrania i przebrania czuję się najbardziej obywatelką świata – i jest to dla mnie wzruszające przeżycie metafizyczne.

E) Okres przed Bożym Narodzeniem (tak, wiem, że to było w części o nielubieniu, proszę mi o tym nie przypominać, nie cierpię na dwubiegunowość paranoidalną! -:) Kocham i podziwiam jak to miasto jest udekorowane, jakie atrakcje są przygotowane, światełka, koncerty, niespodzianki… i ta słynna choinka przy Rockefeller Center i to lodowisko w Central Parku…. i w końcu się udało spełnić marzenie małej dziewczynki i pojeździć tam na łyżwach!

F) Emocje, które wzbudza u moich przyjaciół i znajomych, którzy tu przyjeżdżają i się zachwycają. Bywało tak, że nawet zniechęcałam jak tylko mogłam, ale widać siła NYC potężna choć dla mnie niezrozumiała. Tak musi być. Wiem, że też nie wszyscy podzielają mój pogląd, że Francja to najpiękniejszy kraj na świecie. Choć szczerze naprawdę nie rozumiem jak można myśleć , że jest kraj piękniejszy niż Francja i jeszcze do tego się przyznawać w mojej obecności! -:)

Rozwlekł mi się temat nowojorski, ale tak musiało być. Zrobiłam sobie terapię, bo już dawno miałam podsumować moje wahania oraz wahania poziomu energii i nastrojów co do tego miasta. Obserwując świat i związki międzyludzkie jest pewna podobna relacja. Czasami pracuję z moimi klientkami na coachingach na temat trudnych związków. I to jest dobre porównanie! Kocham tego faceta, ale czasami przyprawia mnie o ból głowy i doprowadza do szewskiej pasji! Nienawidzę tak bardzo, że odchodzę. Ogłaszam separację na długo. Potem wracam na jeden dzień z nową energią, spędzamy miłe chwile, bo troszkę się za sobą stęskniliśmy, obdarowuje mnie nawet jakimś fajnym prezentem, da mi odczuć pozytywne emocje tak, że odczuwam wymiar metafizyczny, ale pod wieczór już wiem, że ten gość tak bardzo mnie męczy i irytuje, że jednak chcę wrócić do swojego Radomia (tak mój syn pieszczotliwie nazywa Pennington), do swoich sarenek. Ale ciągle nie mogę się od tego faceta uwolnić! Czuję jakąś dziwną siłę przyciągania i potrzebę, żeby był w moim życiu, ale raczej w bezpiecznej odległości i spełniał moje zachcianki. Oczywiście taka relacja między oblubieńcami jest możliwa tylko w sytuacji, gdy tylko jedno z nich jest człowiekiem, a drugie Nowym Jorkiem na przykład 🙂

Szczytem mojego mętliku w głowie było wymyślenie, że następny projekt travel coachingowy w listopadzie 2017r. odbędzie się… no gdzie? Czy czasem jest na sali terapeuta? -:) -:)

Serdeczności – Beata

P.S. Jeśli chciałabyś dołączyć do podróżniczego projektu rozwoju osobistego, to bardzo cię zapraszam przede wszystkim do mojej grupy Travel Coaching Beata Marciniak. To tam w pierwszej kolejności ogłaszam nowe projekty wyjazdowe.

https://www.facebook.com/groups/199978967016344/